Widziane z boku

Punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia; - stąd tytuł.

Dlaczego – z boku?
Bo - choć jestem Kresowianką z urodzenia - mieszkam na Śląsku.
Bo - choć jeżdżę na wschód częściej niż inni i od 18 lat bez przerwy angażuję się w działalność na rzecz Kresów - z całą pokorą uważam, że o codziennym bytowaniu mieszkających tu Polaków nie wiem wszystkiego. Bywam tam przecież tylko z doskoku i pewne sprawy mogę postrzegać tylko tak jak w tytule.

W moim artykule „Śladami księdza Mireckiego” poruszyłam temat równie ważny, co bolesny: - postępujący zanik języka polskiego w kościele rzymsko-katolickim na Kresach. Co jest tego przyczyną? I czy  jest to sytuacja nie do odwrócenia?

We współczesnym świecie normą jest, że każdy człowiek ma  prawo do uczestnictwa w obrzędach religijnych w swoim ojczystym języku. Miałam okazję obserwować jak to wygląda w Ameryce.

Funkcjonujące tam misje katolickie (i to nie tylko te, działające w przysłowiowo już - polskim Chicago, ale np. na dalekiej Florydzie) działają zgodnie z założeniem, że to nie ludzie są dla kościoła, a kościół dla ludzi. Skoro więc są w parafii Polacy – to wiadomo, że msze święte mają być odprawiane dla nich. DLA NICH, - a więc w języku polskim, bo TAKA JEST WOLA WIERNYCH. Są w tym względzie zachowane uczciwe proporcje. W dzielnicach polskich jest jedna msza po angielsku – reszta po polsku. I widać, że decyzje w tym względzie są słuszne, bo na mszy w języku angielskim bywa garstka wiernych, a na polskich – tłumy.

Tak się to ma zresztą i w odniesieniu do posługi duszpasterskiej dla mniejszości meksykańskiej, włoskiej, ukraińskiej i innych. Byłam przekonana, że podobnie w kościołach rzymsko-katolickich na terenie Ukrainy nie kto inny, ale wierni mają prawo decydować o tym, w jakim języku chcą słuchać słowa Bożego podczas mszy świętej, a także: w jakim języku ich dzieci mają uczyć się religii.

Moje zderzenie z rzeczywistością okazało się bolesne.

Polacy na Kresach pytani o problemy i kłopoty – rzadko skarżą się na biedę i niedostatek. Tak jak Marynia z Hałuszczyniec przywykli cieszyć się małym i dziękują Bogu za to co mają, choć mają naprawdę niewiele. Uważają, z całą pokorą, że ta ich obecna bieda jest do udźwignięcia w porównaniu z tym, co przeszli na na Syberii i w Kazachstanie.

Na nieludzkiej ziemi, w niewyobrażalnej nędzy i poniżeniu, zachowali wiarę, która trzymała ich przy życiu.  Tę wiarę,  swój największy skarb - wraz z  modlitwą  w ojczystym języku  przekazali dzieciom i wnukom. Wsparciem dla Polaków po tamtych trudnych czasach byli duchowni; tacy jak ksiądz Mirecki, któremu wierni parafianie napisali na nagrobku w Hałuszczyńcach: „W najcięższych chwilach nie opuścił nas, poświęcił się dla nas do końca  i  pozostał z nami jako dobry pasterz.”.

Dziś tych Polaków,  którzy w odległych od Hałuszczyńców  parafiach pamiętają księdza Mireckiego - nie boli bieda, lecz odbieranie im ostatniego przyczółka narodowej tożsamości, jaką jest możliwość modlitwy i słuchania słowa Bożego w mowie dziadków i ojców. Boli  podwójnie, bo możliwości tej pozbawia ich -  nie władza państwowa, lecz własny ksiądz.

Skarżą się: - Nigdy wcześniej nie było tak źle jak teraz. Nasi dziadkowie nie poddali się za cara, rodziców nie zmogła władza sowiecka, ale my już nie dajemy rady.

- Dlaczego? – pytam.

- Bo ksiądz w kościele tak każe, a jak ksiądz każe – to już widocznie tak być musi – mówią z rezygnacją. Tylko DLACZEGO ?????

I dodają: - Czy my, Polacy, mamy walczyć z własnym księdzem?
Długo jeszcze będzie mi brzmieć w uszach bolesne: DLACZEGO ????
I kierowane ze łzami w oczach pytania:

- Do kogo pójść na skargę? Kogo prosić o ratunek? Kto nas wysłucha? Kto pomoże?

Poruszam ten problem w rozmowie  z biskupem kamienieckim Leonem Dubrawskim.
- Nigdy, w żadnej szkole nie uczyłem się polskiego – mówi. - To, że  potrafię dziś głosić kazania w tym języku  - zawdzięczam  rodzicom, którzy posyłali mnie do kościoła i księżom, którzy mszę odprawiali w języku polskim.

A mieszkający tam Polacy przyznają: - Ksieża wywodzący się stąd – rozumieją nas. Odprawiają msze w języku polskim. Gorzej z tymi, którzy wykształcili się w Polsce. Przyjeżdżają i ranią nas słowami:

- Tu nie ma żadnych  Polaków –  tu są tylko katolicy.

I siostry zakonne tak samo.  Mówią, że to nieważne  w jakim języku się modlimy, bo jest jeden kościół: KOŚCIÓŁ POWSZECHNY.

- A nie możecie się przeciwstawić? Walczyć o swoje? – pytam.
Patrzą na mnie jak na heretyka: - Przeciwstawić się? Księdzu?

No tak. Ksiądz, który w latach prześladowań z wielkim heroizmem pełnił posługę kapłańską na Kresach, do dziś  traktowany jest tu z nabożną czcią równą świętemu. Jakże więc okazać  brak posłuszeństwa takiej osobie?
Tylko nieliczni, tak jak Marynia w Hałuszczyńcach  w desperacji zdobywają się na otwarty protest.

Większość -  z pokorą  przyjmuje swój los i cierpi w milczeniu.
Żyją w poczuciu krzywdy.

Czy tak być powinno? Czy ci ludzie MUSZĄ CIERPIEĆ? Czy realizacja idei kościoła powszechnego MUSI odbierać ludziom prawo do mszy świętej w ojczystym języku?  A jeśli tak – to dlaczego nie wszystkim i  nie wszędzie?
I nie ma co siegać daleko, do Ameryki . – U nas, w Polsce,  w cerkwiach grekokatolickich – odprawia się msze po ukraińsku i jak widać  - nie przeszkadza to realizacji  idei Kościoła Powszechnego tak, jak podobna sytuacja na Ukrainie.

Jestem osobą wierząca i praktykującą. Podkreślam to - w obawie, że niektórzy będą chcieli widzieć we mnie heretyka, który podejmując taki temat – zamierza atakować Kościół, gdy tymczasem ja pragnę tylko - w imieniu tych, którzy nie mają odwagi i możliwości – zwrócić uwagę na problem, obok którego nie można przejść obojętnie.
Szczególnie, jeśli się jest osobą wierzącą i praktykującą.

Musiałam o tym napisać. Dałam słowo.
– Ty, dziecko, - mówiła do mnie prawie dziewięćdziesięcioletnia staruszka ,– ty  potrafisz pisać ładnie po polsku; nie to co my. Napisz od nas, upomnij się o nas tam gdzie trzeba. Pamiętaj! Obiecaj, że o nas nie zapomnisz. Tam w Polsce i w dalekim świecie są mądrzy ludzie – oni nas zrozumieją! I oni nam pomogą!
A druga dodaje: - Wy tam macie Radio Maryja – w nim nasza nadzieja...

Zwracam się  więc z  prośbą do osób duchownych i świeckich.
Tych - mieszkających po wschodniej i tych - po zachodniej stronie granicy. Stojących w samym środku wydarzeń – i takich jak ja – stojących z boku. Polaków i Ukraińców.

Jak Wy widzicie rozwiązanie tego problemu?
Może w toku dyskusji uzyskam odpowiedź na pytanie: - W czym dla Kościoła gorszy jest Polak wyznania rzymsko-katolickiego mieszkający na Ukrainie od Polaka mieszkającego w Ameryce?

Co do jednego jestem przekonana: Tak jak Polak w Ameryce poprzez modlitwę w ojczystym języku nie polonizuje Ameryki, tak samo Polak na Ukrainie – w kościele chwaląc Boga po polsku – nie spolonizuje Ukrainy.
Dlaczego więc jest tak jak jest?

Danuta Skalska 

2007-05-18 11:53:54


WsteczW góręStrona startowaMapa serwisuKontakt