Bytom – Lw闚 – Chicago - Zbara

砰cie pisze najbardziej nieprawdopodobne scenariusze. Gdyby t histori wymy郵i filmowy scenarzysta – nikt o zdrowych zmys豉ch nie przyj掖by jej do realizacji. Zbyt du穎 w niej „przypadk闚”. Tymczasem wszystko o czym pisz zdarzy這 si naprawd. Daj na to, jak kiedy m闚iono we Lwowie, „s這wo honoru uczciwo軼i naj鈍i皻szej”.

Ta opowie嗆 nie mia豉by takiego fina逝 gdyby鄉y w ko軼iele w Zbara簑 zasta造 ksi璠za. Nie by這 go, wi璚 wci庵n窸am w rozmow ch這paka, pracuj帷ego przy remoncie 鈍i徠yni. Ale po kolei.

Razem z Maria Mireck-Lory dyrektorem Kongresu Polonii Ameryka雟kiej i prezesem Ko豉 Lwowian w Chicago odwiedzamy co roku polskie organizacje i parafie na Kresach wioz帷 pomoc od Polonii ameryka雟kiej. Przy takiej okazji zbieram materia d德i瘯owy dla mojej audycji i polonijnych rozg這郾i w Ameryce. Daje on s逝chaczowi poj璚ie o tym jak si 篡je Polakom na Kresach, a Marii pomaga zebra 鈔odki na kolejn akcj. W Zbara簑 by造鄉y dwa lata temu. Ko軼ió pod wezwaniem 鈍. Antoniego to by豉 wtedy kompletna ruina, a dzi.... Wci庵ni皻y w rozmow ch這pak z dum pokazuje, ile uda這 si zrobi w tym roku. Maria, jak na dobr cioci z Ameryki przysta這, poza datkami od organizacji, zawsze wysup逝je jeszcze co od siebie. I tym razem ka盥emu z ch這pców daje po pi耩 dolarów, mówi帷, 瞠 przyjecha豉 z Chicago i, 瞠 chcia豉by wi瘯sz sum zostawi ksi璠zu na potrzeby ko軼io豉.

- Z Chicago? – Cieszy si mój rozmówca.- Ta tam 篡je mój wujku!

- A jak si nazywa? – Raczej przez grzeczno嗆 ni z ciekawo軼i pyta Maria, z góry wiedz帷, 瞠 w tak wielkim skupisku Polaków, jakim jest Chicago – nie sposób zna wszystkich.

- Antoni Hanusiewicz.

Maria przecz帷o kr璚i g這w, za to ja wrzeszcz na ca造 ko軼ió:
- Ale ja doskonale znam twego wujka!

I na dowód pokazuj notatnik adresowy, w którym obok nazwiska: Antoni Hanusiewicz, widnieje chicagowski numer telefonu.

Lato 1994. Chicago. Jestem tu zaledwie od tygodnia z moj córk, któr czeka operacja kr璕os逝pa. Z kilkoma matkami niepe軟osprawnych dzieci na festiwalu polonijnym w Navy Pier kwestuj na potrzeby kolejnych ma造ch pacjentów czekaj帷ych w Polsce na leczenie. Przewala si t逝m ludzi.
S i atrakcje: jedna z kampanii telefonicznych w ramach promocji daje serie bezp豉tnych 15 minutowych rozmów z Polsk. Zmarnowa tak okazj?
Ustawiam si b造skawicznie w kolejce. I nagle widz z trudem poruszaj帷ego si o lasce starszego pana, który równie chce skorzysta z promocji.
Gestem wskazuj mu miejsce przed sob i kiedy ju stoi – u鈍iadamiam sobie, 瞠 sk康 tego cz這wieka znam.
Ale sk康 tu, w Chicago? W ci庵u tego tygodnia? Niemo磧iwe...
Cz這wiek o lasce odwraca si kilkakrotnie i równie bacznie mi si przygl康a.
Ja pierwsza nie wytrzymuj i mówi:

- Prosz pana, czy my鄉y si ju gdzie nie spotkali? Ja pana na pewno sk康 znam...

- Pani te mi kogo przypomina. Ale ta osoba mieszka w Polsce. Mo瞠 to kto z pani rodziny? Nazywa si Skalska.

- Ale to ja. Ja – we w豉snej osobie! – Wo豉m uradowana nie przestaj帷 gówkowa, gdzie ja tego cz這wieka pozna豉m i jak on si nazywa.

- Antoni Hanusiewicz – przedstawia si pan z lask i dodaje: - Dwa lata temu jechali鄉y razem do Lwowa.

No i ju wiem. Wycieczka z Wroc豉wia, do której do陰czy豉m w Bytomiu. Ka盥y z jej uczestników mówi par zda o sobie i pan Hanusiewicz wspomnia, 瞠 mieszka w Chicago, ale nie tym zwróci moj uwag. Nawet tego nie zakodowa豉m w pami璚i. Liczy這 si dla mnie, 瞠 powiedzia:

- Przymusowo wysiedlony w 45 roku ze Lwowa,  przez wiele lat mieszka貫m pod K這dzkiem w zabitej dechami wiosce, o której pewnie nikt z pa雟twa nie s造sza. Nazywa si 圭inawka 字ednia.

圭inawka 字ednia?! Ta w tej 圭inawce, w鈔ód wysiedle鎍ów ze Lwowa mieszka豉 moja najbli窺za rodzina. Je寮zi豉m tam co roku na wakacje i za t wiosk zabit deskami t瘰kni豉m przez ca造 szkolny rok!

Usiedli鄉y z panem Antonim obok siebie i do samego Lwowa wspominali鄉y:
- A pami皻a pan objazdowe kino? A pami皻a pani festyny na stadionie i odpust u Marii Magdaleny? A jak si ma ciocia? A wujku jeszcze 篡je?...

Teraz w Chicago nie mogli鄉y wyj嗆 ze zdumienia, 瞠 spotkali鄉y si znowu.

- Co pani tu robi?

Odpowiadam, 瞠 dziecko, 瞠 operacja...

- Kogo pani tu zna?

Dzi w odpowiedzi mog豉bym wymieni prawie ca貫 polonijne Chicago, ale wtedy... W豉軼iwie – nikogo.

- Pani Danko – u鄉iechn掖 si pan Antoni, k豉d帷 na stoliku pi耩dziesi徠 dolarów – prosz to przyj望 ode mnie. Na cukierki dla dziecka.

Widz帷, 瞠 protestuj – zwin掖 banknot w rulon i zamkn掖 w mojej d這ni.
Trzymaj帷 mnie za r瘯 doda:

- Ja pami皻am to lwowskie futerko, którego pani wtedy nie kupi豉.
- Futerko...? Futerko...??

A prawda! Ka盥y z nas wtedy chcia sobie przywie潭 co ze Lwowa.

- Wraca豉 pani bez futerka i bez pieni璠zy. I wiem, 瞠 tych moich pi耩dziesi徠 dolarów te pani kiedy przeka瞠 dalej. Pami皻a pani jak mówili鄉y o lwowskich zasadach? Pomó – to i tobie pomog. Zostawisz kogo w biedzie – zostawi i ciebie. Prosz wi璚 dzi przyj望 co ode mnie.

Przyj窸am. Te pieni康ze stanowi造 dla mnie szczególn warto嗆. Nie tylko w znaczeniu materialnym. By造 dla mnie znakiem pami璚i ze Lwowa.
Dzi瘯i panu Antoniemu zrozumia豉m, 瞠 nie jestem sama w tym obcym dla mnie kraju.

Sko鎍zy豉m opowie嗆 i wyda這 mi si, 瞠 鈍i皻y Antoni z o速arza w Zbara簑 porozumiewawczo, po batiarsku si do mnie u鄉iecha. I wtedy w豉郾ie u鈍iadomi豉m sobie, 瞠 nic na tym 鈍iecie nie dzieje si przypadkiem i wida sam 鈍i皻y Antoni macza palce w tym, 瞠by doprowadzi do tego spotkania w ko軼iele pod jego wezwaniem. Tak samo, jak zes豉 mi kiedy w Chicago, ku pokrzepieniu serca swojego imiennika – pana Hanusiewicza.
Czy musz dodawa, 瞠 wyj窸am z torebki pi耩dziesi徠k i wr璚zaj帷 j m這demu Hanusiewiczowi powiedzia豉m:

- To na cukierki. Od wujka Antoniego.

Ta to si rozumie samo przez si!

Danuta Skalska 

2007-05-18 12:14:50


WsteczW g鏎Strona startowaMapa serwisuKontakt