Śladami księdza Mireckiego

Nigdzie tak nie pachnie prawdziwą, kresową wioską jak w Hałuszczyńcach. A w obrazku – to wygląda tak, jakby czas zatrzymał się 60 lat temu. Na wiejskim podwórku rosną trawy i jakieś zielska. Stare zmurszale drewno czeka w stertach na opał, obok kurnik, parę kurek. Na święto. Wiadomo, na codzień tutaj mięsa się nie je.

Pod drzewami leżą opadłe, zielone jabłka, które się nie zmarnują, bo je Marynia doda do barszczu, żeby był naturalny zakwas.
Ta, kto to widział na Kresach lać do barszczu ocet?
Wygódka, taka wiejska, z serduszkiem. W niej, jako papier toaletowy, równiutko pocięte gazety. Marynia i Karolcia czytają w kółko polską prasę po setki razy, ale ileż to razy można przez dwadzieścia lat czytać tę sama gazetę? 
Ona jest tak wyczytana, - a Marynia z Karolcią widać już na pamięć znają wszystko, że teraz pokrojona w ładne, równe kawałki służy już tylko jako papier  toaletowy.
Czytam: „Trybuna Ludu” wtorek 28 listopada 1978 roku. (!!!)
„Czyn rewolucyjny. Wkład w badania nad rozwojem myśli marksistowsko-leninowskiej w Polsce”.

- Ciekawy, jak widać,  finał tych badań - myślę w tym momencie, nie bez złośliwej satysfakcji.

Marynia uczy mnie pokory. Kiedy rokrocznie z akcją pomocy charytatywnej zajeżdżamy również do niej, do Hałuszczyniec, - widzę na każdym kroku przerażającą biedę.  Ale Marynia się nie skarży. Ma ponad 70 lat i przeżyła wiele trudnych chwil, kiedy w Hałuszczyńcach nastali Sowieci. Dziś cieszy się z tego, co ma, a ma niewiele: przysłowiowy kawałek chleba, trochę kartofli i krowę, która daje mleko.

- Inni i tego nie mają... – mówi z troską i dodaje: - I to jest dopiero prawdziwa bieda.

Czuje się skrępowana, kiedy otrzymuje od nas coś w upominku.

- Nie trzeba... - mówi. - Ja sobie jeszcze jakoś radzę. Wystarczy, że do mnie przyjeżdżacie. To tak, jakby sama  Polska  do mnie zawitała!

Marynia mieszka ze starszą siostrą Karolcią. Z dumą pokazuje wykaz obdarowanych przez nią ludzi. Bo Marynia otrzymuje z Ameryki paczki z odzieżą. Od Marii Mireckiej- Loryś, która zawsze o niej i o Hałuszczyńcach pamięta. Tą pamięcią, kierowaną zresztą nie tylko ku małemu przysiółkowi na Kresach, kontynuuje wielkie dzieło swego brata Bronisława Mireckiego, który  w Hałuszczyńcach, w tym domu u Maryni i Karolci mieszkał, w pobliskim kościele sprawował aż do śmierci posługę kapłańską, a w okolicznych wsiach uczył dzieci po polsku pacierza i udzielał sakramentów.

Nade wszystko jednak - był dla nich: biednych, stłamszonych Polaków - opoką i ostoją polskości na tej, zawłaszczonej przez Sowietów, ziemi.
Marynia chroni jak relikwie wszystkie pamiątki po księdzu Bronisławie.

- To święty człowiek – mówi, a Karolcia dodaje: - Ta co by my tu bez niego zrobili?

One obie - dzięki pomocy Marii mają kontakt z polska prasą. Zaprenumerowała „Gazetę Lwowską”  dla nich i jeszcze dwadzieścia dodatkowych numerów,  które teraz Marynia i Karolcia  rozdają po całym powiecie. Razem z odzieżą z Ameryki. Mają wykaz potrzebujących i wiedzą: co i komu. Dbają, że by było po równo i sprawiedliwie.

- Czasem się boję... mówi Karolcia. – A bo to nie napadają na ludzi?
Za parę groszy potrafią człowieka zabić. A jak się dowiedzą o tych paczkach? Przecież to tylko odzież, ale wystarczy, że ktoś powie, że tu Bóg wie jakie bogactwo…

- Ksiądz Bronisław się nie bał, to i my się bać nie będziemy! – mówi odważnie Marynia.

- Nauczył nas – nie bać się! – I nawet ośmieliłyśmy się postawić ostatnio władzy kościelnej – dodaje równie odważnie Karolcia. Jestem zdumiona. Władza duchowna tutaj, na Kresach, to nieomal władza absolutna. Co powiedział ksiądz – to święte. Sprzeciwiły się księdzu??? Niemożliwe. To prawie świętokradztwo.

Ludzie to bardzo przeżywali – mówi Marynia. - Bo niby już nie ma sowieckiej władzy, a są księża i jest więcej swobody. Ale kiedyś kościół to było miejsce gdzie był ten nasz, zachowany kawałek Polski i mówiło się tylko po polsku.

- A teraz nie? - pytam, choć doskonale wiem o co chodzi.

- To było w tamtym roku. Dzieci przygotowywały się do pierwszej komunii. Prawda, dzieci w domu rozmawiają po polsku, ale gdzie indziej – po ukraińsku. Ta i ja też jak wyjdę na drogę, to czy w sklepie czy na poczcie muszę mówić tak, jak ludzie tu mówią. Ale w domu my mamy swój wspólny język, tak jak kiedyś rodzice i dziadkowie mówili; i tak my się swego trzymamy.
Aż tu skarżą się rodzice, że w kościele na religii uczą się dzieci po ukraińsku, ksiądz mówi kazanie w jedną niedzielę – po ukraińsku, drugą po ukraińsku, i trzecią też.... Tak to było jakieś dwa miesiące, ma być odpust to i my tu wszyscy mówimy:

- Jak to tak: podczas odpustu ksiądz będzie po ukraińsku kazanie mówić?

A cóż my zostawimy tym dzieciom,  jak tu na religii - po ukraińsku, msza dla dzieci - po ukraińsku, kazania też. Taż to wszystko co nasze - przepada.

- No to mamy ten odpust na Jana i Matki Boskiej Siewnej – ciągnie swą opowieść Marynia i dodaje, jakby tłumacząc się: -  My szanujemy księży, ale jak na ten odpust księża zaczęli odprawiać mszę po ukraińsku, to  my nie wytrzymali.

- Tak musi być. – mówi ksiądz.

- A ksiądz, to komu służy: czy ludzie są dla księdza czy ksiądz dla ludzi?

My tu jesteśmy mniejszością, to do kogo mamy iść, do kogo się skarżyć?
- Niech pani nie podnosi głosu – upomniała mnie siostra zakonna.
- A te siostry to najgorsze – wyjaśnia Karolcia. - Mówiły, że to ludzie chcą po ukraińsku i dodawały: - Jak się komuś coś nie podoba, to może jeszcze  do samego Ojca Świętego pisać! Niech taki zbuntowany przyjdzie do nas to my mu jeszcze adres damy!

- Jakie my tu mamy prawo? – ciągnie dalej swoją mowę Marynia. Chyba tylko łzami zlewać posadzkę w kościele i fartuchem wycierać – i nic poza tym.

Ja mam 75 lat, siostra 80 i my tu w tym kościele od zawsze modliłyśmy się po polsku, więc jakże to teraz tak na starość? Ja nie przyszłam się z księdzem kłócić, ale upomnieć się o swoje prawo! – kończy Marynia.

- rzecież nawet w Ameryce – Polacy też mają swoje msze i dla nich zawsze odprawia się po polsku!

Doszło do mnie trochę ludzi i wszyscy stanęli po mojej stronie – z dumą podsumowuje. Bo to ważne, żeby iść i mówić i nie dać się. Nawet jak duchowni chcą inaczej!
Na drugi tydzień – przychodzimy  do kościoła; msza po polsku, na następny - też. I tak do dzisiaj. Widać o swoje trzeba było się upomnieć! I nie ustąpić!

Danuta Skalska 

2007-05-19 22:23:28


WsteczW góręStrona startowaMapa serwisuKontakt