List do Marii - czyli Polaków na Kresach portret własny

Droga Mario!

Wybacz, jeśli mój list, pisany na gorąco po powrocie ze Lwowa będzie chaotyczny i pełen emocji, ale po tym, co tam widziałam ciągle nie mogę dojść do siebie. Może po pewnym czasie napiszę spokojny, wyważony, analityczny artykuł, a dziś – tak na gorąco donoszę Ci po prostu, że zobaczyłam horror, po którym nie mogę spać, normalnie funkcjonować – i w ogóle – pozbyć się widoku tych ludzi, których spotkałam w swoich wędrówkach po lwowskich mieszkaniach.
Bo wiesz, – co innego dać pieniądze i upoważnić kogoś, by je po prostu poroznosił do tych najuboższych, a co innego dotrzeć tam osobiście, dotknąć tej biedy, pochylić się nad konkretnym człowiekiem, mającym imię i nazwisko i swoją, jakże bolesną historię, której skutkiem jest taki stopień zmuzumłmanienia, że za nim jest tylko samotna śmierć w zapomnieniu.
Dlaczego używam słowa „ZMUZUŁMANIENIE”?
W obozach koncentracyjnych „MUZUŁMANAMI” nazywano tych, co już na nic nie liczyli i było im wszystko jedno, co się z nimi stanie, bo umarła w nich nadzieja. We współczesnym Lwowie, blisko sześćdziesiąt lat po wojnie – spotkałam takich polskich muzułmanów, którzy już na nic nie liczą, niczego nie oczekują i żadnej poprawy losu się nie spodziewają.
Starałam się, Mario, dotrzeć do jak największej liczby osób. Nie zawsze to było możliwe. Lwów, jak wiesz, jest wielkim, rozległym miastem, równym Krakowowi czy Wrocławiowi. Bez własnego samochodu i dobrego przewodnika – ani rusz. Pytasz – dlaczego potrzeba dobrego przewodnika mnie, lwowiance z urodzenia? Ulice, których polskie nazwy znane mi są z przedwojennych map, zmieniały swoich patronów dwukrotnie: za Sowietów i potem, kolejny raz, kiedy do władzy dorwali się Ukraińcy. Samochodu w mojej rodzinie nikt nie ma. Jeździłam więc tramwajami i mikrobusami, resztę trasy pokonując pieszo. Najbiedniejsi nie mieszkają przy pryncypialnych ulicach, a na dalekich przedmieściach, - stąd wieczorami, po całym dniu takich wędrówek – nóg nie czułam.
W redakcji GAZETY LWOWSKIEJ pytano mnie czy przyjechałam zwiedzać Lwów. Tak, „zwiedzałam”, - lwowskie slumsy, w których wegetują Polacy, samotni, starzy, opuszczeni.
Kolejny raz, podczas tego pobytu naraziłam się rodzinie i lwowskim przyjaciołom nie znajdując czasu na spotkanie z nimi. Nie spełniłam także prośby mojej bytomskiej koleżanki, która na odjezdnym powiedziała;
- Jedziesz TAM, to przywieź mi ziemię z cmentarza Obrońców Lwowa.
- Dobrze. – Odpowiedziałam nieświadoma tego, że składam obietnicę, z której ze względu na brak czasu nie wywiążę się. To przecież strata co najmniej 5-6 godzin czasu, a na to, w ciągu tych trzech dni, pozwolić sobie nie mogłam.
W mojej trasie po mieszkaniach lwowskich chciałam porozmawiać z ludźmi, zostawić im przekazane przez Ciebie pieniądze, i po raz pierwszy - zrobić fotografie. Była to bardzo niezręczna dla mnie sytuacja. Jak powiedzieć tym biednym ludziom, że chcę sfotografować ich nędzę? I zrobić to tak, by ich nie upokorzyć i nie dotknąć boleśnie….
Bo wiesz: tu, w Polsce, kiedy opowiadam, w jakiej nędzy żyją Polacy na Kresach, ludzie myślą, że ja przesadnie dramatyzuję.
A w Ameryce?…… Na pewno nie mają ani w części wyobrażenia, że może to wyglądać aż tak tragicznie. A zresztą, kto wie – może niektórzy nawet myślą: - Ale ta Skalska koloryzuje, przesadza…
A zdjęcie – to już jest jakiś namacalny dowód.
Przedstawiam Ci więc bolesny, tragiczny w swej wymowie:

LWOWSKICH POLAKÓW PORTRET WŁASNY.

Maria Bittner z niepełnosprawną córką Zosią. Matka ma 83 lata, ledwo chodzi. Córka – 50. Praktycznie od urodzenia na wózku inwalidzkim. Eksperymentowali na niej sowieccy lekarze i poza paraliżem kończyn górnych i dolnych powstałym w wyniku źle wykonanej operacji kręgosłupa, jest jeszcze pozbawiona całkowicie zębów, które wypadły jej wszystkie w dzieciństwie na skutek stosowania nieodpowiednich leków. Ma teraz sztuczną srebrna szczękę, która nie dość, że wygląda makabrycznie przy jej wodogłowiu, to jeszcze wypada przy każdym słowie. Prosi matkę:
- Nie podnoś mnie, nie musze nigdzie wychodzić, nie muszę nawet zajrzeć w okno, żeby zobaczyć jak wygląda świat, bylebyś ty była sprawna. Boje się o ciebie, bo ty jesteś taka słabiutka i może być tak, że jak się oberwiesz przy przenoszeniu mnie z miejsca na miejsce, to już wtedy obie będziemy odcięte od świata.
Matka Zosi wychodzi z domu na zakupy, krząta się po kuchni, gotuje, sprząta, dba o porządek. Mimo widocznej biedy jest czyściutko. Tak jest w domach, gdzie osoba samotna czy chora jest jeszcze w stanie poruszać się o własnych siłach; jeśli wychodzi z domu. Gorzej jest tam, gdzie tylko się siedzi i czeka.
W najwyższym stadium biedy - cennym zdaje się być wszystko: kawałek sznurka, tektury, jakaś stara plastikowa butelka, papiery, szmaty. Wszystko w myśl zasady: to się może przydać. - Jeśli nie ma rzeczy naprawdę wartościowych, za skarb zdobyczny uważane jest wszystko, co przyniesie się z wypraw na śmietniki, ulice, bazary.
Kolejne mieszkania są składowiskami takich właśnie, całymi latami gromadzonych skarbów.
Drzwi otwiera mi około 30 letni mężczyzna – Już na pierwszy rzut oka widać, że niepełnosprawny umysłowo. Łapie mnie z krzykiem za kostki u nóg. Towarzysząca mi kuzynka z krzykiem rzuca się do ucieczki. Mnie odrzuca widok przedpokoju. To tak, jakbym miała wejść do „garbecia”, w którym od podłogi do sufitu poukładane są „skarby” znalezione na śmietniku.
Śmierdzi niesamowicie, bo to przecież upalny sierpień. Odważnie wchodzę dalej, nie mając praktycznie gdzie nogi postawić. Gdzie oni jedzą, na czym kładą się spać, jeśli tu jest jeden wielki śmietnik?
Oni, – bo w domu jest jeszcze Anna Pater - ciotka młodego człowieka. Kiedyś podobno była normalna, ale długoletnie przebywanie z nie całkiem sprawnym umysłowo siostrzeńcem sprawiło, że i jej reakcje jakby odbiegały od normy. Zresztą – może ją tym stwierdzeniem krzywdzę, bo każdy, najnormalniejszy człowiek w takim otoczeniu prędzej czy później musiałby sfiksować. Ten chłopak podobno nie pozwala, żeby cokolwiek z tego mieszkania usunąć.
W pokoju mieszkalnym – góry śmieci, potworny odór i jakieś przemykające pod ścianą stworzenia. Dowiem się potem, że były to szczury.
Z niewysokiej renty siostrzeniec z ciotką opłacają świadczenia,
a jedzą to, co dadzą im ludzie lub to, co młody człowiek znajdzie sam na śmietniku.
W tym samym dniu przeczytam w GAZECIE LWOWSKIEJ ogłoszenie, że ktoś mieszkający w Anglii, w hrabstwie Sussex poszukuje Urszuli (Lusi) Pater urodzonej i zamieszkałej przed wojną we Lwowie. Mój Boże…może to była matka tego chłopca? Może babcia?...
Kolejne mieszkanie na samym końcu ulicy Zielonej odwiedzamy dwukrotnie. Bez skutku. Od sąsiadki dowiadujemy się, że interesująca nas, samotna Polka wychodzi z domu, kiedy jest ciepło, żeby, póki się da, poznosić wszystko, co w zimowe miesiące uda się spalić w piecu i ogrzać tym mieszkanie.
A potem odwiedzam Marię Krzan. Maluteńką, zwinięta w kłębek staruszeczkę. Porusza się z trudem po mieszkaniu, które jest składowiskiem śmieci. W łazience, nieużywanej od wieków – cała wanna zastawiona jakimiś słoikami i pojemnikami. W pokoju, we wnęce, która miała być miejscem do spania – góry szmat aż po sam sufit. Nie pierze tych rzeczy, bo zwyczajnie – nie ma siły, a poza tym, jak wiesz, - woda we Lwowie jest tylko od 6 rano do 9, i potem wieczorem również tylko przez trzy godziny. A ciśnienie takie, żeby akurat nazbierać do słoików. No i jeszcze - skąd wziąć pieniądze na proszek do prania, jeśli ledwo starcza na chleb?
Właścicielka mieszkania mówi z godnością i wypowiada się taką szczególnie piękną polszczyzną, że robi mi się przykro, kiedy proszę ją o możliwość zrobienia fotografii. Ona wstydzi się tej nędzy i tych szmat, którymi okręcone są jej stopy, i gołych palców, które z tych szmat wyglądają. A ja myślę w takiej chwili:
- Jak będę miała te zdjęcia, to poruszę sumienie świata, sprowadzę telewizję, zrobię wszystko, żeby nie pozwolić Polakom, rodakom naszym, - takim ludziom, jak Maria Krzan, odejść z tego świata w nędzy i upokorzeniu.
- Pozdrówcie ode mnie Polskę i Polaków…mówi drżący głosem pani Maria, a ja trzymam się dzielnie i dopiero po zamknięciu drzwi stoję na schodach i płaczę z bezsilności i żalu.
Józefa Żaczek sama nie potrafi podnieść się z łóżka. Na jej prośbę sadzamy ją, a ona, słabiutka mówi:
- Nie jadłam już trzy dni. Nikt do mnie nie przychodzi.
- A sąsiedzi? – pytam
- Oni chcieliby, żebym ja czym prędzej umarła, bo chcą wziąć mój pokój dla siebie.
Patrzę na podłogę brudną jak klepisko. Łażą po niej z bezczelną pewnością siebie, kakrocie wielkie jak krokodyle. Na stole garnek, którego zawartość cuchnie obrzydliwie i nie sposób stwierdzić, co tam było. Jest tylko dziesięciocentymetrowa chyba warstwa pleśni w różnych odcieniach zieloności.
- A co pani by zjadła? – Pytam chcąc wyruszyć na zakupy.
- Ja już dużo nie mogę. Tylko miękką bułeczkę i taką wodę kolorową do popicia – mówi, wskazując na butelkę po „Fancie”, pani Józefa.
- To mi kiedyś Polak jakiś przyniósł i tak mi smakowała.
Biegniemy na zakupy. Przynosimy jeszcze masło, sery, jajka.
Zostawiamy pieniądze.
- Połóż dziecko tam, do pudełeczka – z ufnością mówi pani Józefa wskazując, gdzie znajduje się cały jej majątek. Poza ukraińskimi grzywnami jest tam jeszcze pięć dolarów. To pewnie reszta z tych pieniędzy, które w ubiegłym roku daliśmy do rozdysponowania opiekującej się takimi rodzinami pani Jasi. Tylko, dlaczego opiekunki nie rozmieniły tych dolarów na grzywny? Ta osoba naprawdę nie wie, co to za pieniądze i jaką mają wartość.
- Do widzenia Anioły moje, - mówi, żegnając nas, pani Józefa.
Tak się modliłam o anielską pomoc i Bóg mi was zesłał. Podziękujcie ode mnie wszystkim Polakom, i polskim księżom i polskim siostrom…
To nie koniec, Mario, tych moich lwowskich opowieści, wstrząsających życiorysów i obrazów beznadziejnej rzeczywistości, w której wegetują nasi RODACY.
Napiszę więcej, kiedy zbiorę siły. Po tym, co widziałam i przeżyłam nie mogę dojść do siebie.
Byłam jeszcze u księdza Jagiełki w Zboiskach i poprosiłam go o mszę za Twoje zdrowie i siły, i błogosławieństwo dla tych wszystkich ludzi, którzy Ci pomagają w dziele pomocy charytatywnej. Bez nich, bez ich wsparcia i pomocy – nie zrobimy nic.
Lecę do fotografa – wywołać moje lwowskie zdjęcia.
Bo przeczytać o tym – to mało. To trzeba zobaczyć!

Danusia

2007-06-10 15:32:00


WsteczW góręStrona startowaMapa serwisuKontakt