List do Marii, czyli „Świąteczny grosik na Kresy”

Moja kochana!

Ledwo zdążyłam złapać oddech po kweście na bytomskich cmentarzach w dniu Wszystkich Świętych, dokonać wpłat, podziękować na łamach prasy darczyńcom, kiedy problem zaczął się od nowa. POMOC NA ŚWIĘTA.
Ktoś niezorientowany powie: - Zebrano na cmentarzach blisko 10 tysięcy złotych, więc należałoby kupić za to, co trzeba, wysłać na Kresy i po kłopocie.
Już kiedyś tak zrobiliśmy. Była za to fura słodyczy, panie z komisji charytatywnej miały wycieczkę do Lwowa i były bardzo dumne mogąc z wielkopańskim gestem rozdzielać dary. Za ich przejazd, transport darów i cło zapłaciliśmy ponad 5 tysięcy złotych. Do lata nie zostało ani złotówki.
Pewnie, że można i tak, ale bogatsza doświadczeniem przeforsowałam na Zarządzie mój pomysł: pieniądze ze zbiórki listopadowej muszą pójść w całości na wakacje dla najbiedniejszych polskich dzieci z Kresów, a na święta – trzeba zorganizować coś od nowa, może trochę mniej, ale tak, żeby nie ponosić dodatkowych kosztów związanych z wyjazdem na Kresy.
Moje „panie od dobroczynności” – urażone odebraniem im satysfakcji płynącej z osobistego rozdzielnictwa darów zrezygnowały z pracy charytatywnej.
No cóż, niektórzy ludzie kochają, aby im za wszystko na klęczkach dziękować, inaczej nie widzą żadnej satysfakcji z tego, co robią.
I w tym momencie pomyślałam o Tobie, która jeździsz na Kresy za własne pieniądze aż z Chicago, dokładasz jeszcze sporo od siebie i nigdy przy tym nie kreujesz się na dobroczyńcę, ba, denerwujesz się, kiedy ktoś wylewnie Ci za to dziękuje. Ale nie wszyscy są tacy jak Ty.
Staję przed problemem: co dalej? Kolejna zbiórka pieniędzy na święta?....
Nie myśl, że w Polsce teraz łatwo zebrać jakiekolwiek pieniądze, a w Bytomiu, przy tym bezrobociu, strajkach i zamykanych kopalniach – to już w ogóle.
Jeśli zbierać - co kto może dać, na zasadzie pospolitego ruszenia – to ludzie owszem, przyniosą, ale najczęściej to, co przy świątecznych porządkach okazuje się być niepotrzebnym w domu – i tylko kłopot później z transportem..
Prawda, przynosili ludzie w minionych latach i mąkę i kaszę i jakieś słodycze, tylko jak to przetransportować na Kresy?
Wykorzystuję moje dawne kontakty ze szkolnictwem i zdobywam zgodę naczelnika Wydziału Edukacji w Bytomiu na akcję „GROSIK NA ŚWIĘTA”. Wysyłam pisma do 52 bytomskich szkół licząc na to, że gdyby tak chociaż po 100 złotych z każdej szkoły, to już będzie jakiś pieniądz.....
Myślę sobie: - Wyślę to po wymianie na dolary do parafii na Kresach, a tam już sobie ksiądz Panasowiec kupi dla dzieci na święta to, co będzie uważał.
No bo wszystkim pomóc i tak się nie da, więc wybieram: ksiądz Panasowiec w Dolinie i Kałuszu, Lwów i coś dla siostry Teresy i dla jej ubogich w Samborze.
Jak z nieba spada mi przy tym pan Marek Baron, który do nas trafił jako doktorant piszący pracę naukową o Kresach. Nie pochodzi z Kresów, ale zauroczony Kresami, po napisaniu pracy, zadeklarował pomoc. Myślałam, że tylko tak, przez grzeczność tę pomoc obiecał; nie bardzo też wierzyłam, że mu się uda cokolwiek zorganizować. Młody człowiek, dopiero pierwszy rok pracuje jako nauczyciel w katowickim gimnazjum, dojeżdża aż
z Pszczyny... Gdzie on tam będzie miał czas jeszcze na dodatkowe zajęcie?
A jednak....
Bytomskie szkoły – na razie milczą. Boję się, że nie zdążę z tymi pieniędzmi na święta. Od jednej z sekretarek dowiaduję się, że takie pisma z prośbą o pomoc wrzuca się po prostu do kosza. Siadam więc do telefonu i mam kolejną dniówkę: dzwonię do wszystkich dyrektorów szkół. Odpowiadają, że nie mogą się opędzić od różnych akcji i, że nie mają możliwości...Proszę o symboliczną choćby pomoc mówiąc, że rzecz nie w wielkich pieniądzach, a w wielkim sercu i w zwróceniu uwagi naszych dzieci na to, że za wschodnią granicą są ich rówieśnicy jeszcze biedniejsi od nas. Że w samej Dolinie 350 dzieci czeka na jakiś znak pamięci od rodaków z Polski. I niechby to były symboliczne grosiki, ale za tym pójdzie wielka praca wychowawcza....
No, coś drgnęło. Zjawiają się nauczyciele odpowiedzialni za zbiórkę i przynoszą: ten trzydzieści parę złotych, ten dwadzieścia, ale trafia się i sto pięćdziesiąt! WSZYSTKO W GROSIKACH!!!!
Mam (dosłownie) furę pieniędzy jeśli chodzi o ciężar, pełną kasę pancerną, ale jak przychodzi do sumowania, okazuje się, że wcale nie ma tego tak wiele, za to samego liczenia jest na parę dni. Żaden bank w Polsce nie przyjmie bilonu w worku., tylko trzeba to wszystko porolować po 50 sztuk. Kto się tym zajmie przed świętami?
Mam w domu gościa. Po raz pierwszy od sześciu lat przyjeżdża na święta moja córka z Chicago. Obiecałam jej, że na ten świąteczny czas odłożę całą moją pracę społeczną i będę po prostu mamą i tylko mamą. Dla niej.
No cóż, kończy się tym, że ona liczy i roluje grosiki, a ja piszę podziękowania dla szkół i indywidualnie dla każdego z nauczycieli. Bywa tak, że za trzydzieści osiem złotych (równowartość 10 dolarów) wypisuję dwanaście podziękowań, bo teraz każdy z nauczycieli w Polsce ma swoją teczkę personalną, w której gromadzić musi dowody swojej różnorodnej działalności, więc takie, dokumentujące jego zaangażowanie pismo, musi otrzymać.
Piszę również pismo do „bogacza”. Liczę na to, że może coś dołoży. Jest to młody człowiek z kresowym rodowodem, właściciel sieci telefonii komórkowej posiadający w Bytomiu piękny pałacyk; człowiek, który chce kupić (!!!) plajtujące kopalnie, i którego, jak widać, na taki zakup stać. Słowem: MILIONER. Przed kilkoma laty „wzruszony” biedą na Kresach dał AŻ 200,- złotych, (równowartość 50,- dolarów) . Tym razem nawet się nie odzywa....
Na moją telefoniczną prośbę zjawia się za to jeden z posłów i wpłaca 300,- złotych. Razem z tymi zrolowanym grosikami mamy niecałe 1.500,- złotych.
Dobre i to – myślę sobie.
Tymczasem zaradny doktor Marek Baron działa w Katowicach.
Nie mam zezwolenia na zbiórkę pieniędzy – dzwoni z informacją, - ale zbiorę wśród moich uczniów cukier.
Dobrze – odpowiadam, myśląc przy tym gorączkowo jak załatwić transport.
Po dwóch tygodniach już wiem, że będą kłopoty, bo z oczekiwanych 200 kg cukru zrobiła się blisko tona, a w kolejnej szkole już zbierane są słodycze. Dyrektor szkoły dzwoni, żeby przyjechać i zabrać tę tonę cukru, bo nie ma jej gdzie składować. Gonię więc i załatwiam lokalny transport, a także poruszam niebo i ziemię, żeby znaleźć w Bytomiu miejsce, gdzie będzie można złożyć tymczasowo, do chwili wyjazdu na Kresy, ten cukier.
Moje marzenia o spokojnym przygotowaniu rodzinnych świąt dla własnego dziecka – giną jak sen złoty.
Jak załatwić transport na Kresy nie wydając na ten cel pieniędzy? Znów chodzę, proszę, wydzwaniam. Udaje mi się: z Tychów jedzie mikrobus do Lwowa i jego właściciel za stówkę weźmie mi 200 kg cukru. Jadę z nimi o piątej rano do magazynu, wyprawiam do Lwowa. No, dobra, ale co z resztą?
I znowu szczęście: - prezes Bytomskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej daje nieodpłatnie na dwa dni wana, żeby przewieźć coś dla księdza Panasowca. Do Doliny jedzie prezes współpracującej z nami organizacji CIVITAS CHRISTIANA, wiozący również zebrane w kościele dary. Zabiera 400 kilo cukru i pieniądze. Na razie wykładam moje. Tych zrolowanych grosików nie ma kto zanieść do banku, bo ciężkie to jak siedem nieszczęść, nie na babskie możliwości. Trzeba by do tego paru chłopa, a przed świętami każdy zaangażowany jest w swoje sprawy domowe.
Kierowca wana wyjeżdża wieczorem, po całym dniu pracy. Cudem udaje mu się uniknąć drobiazgowej kontroli na granicy i płacenia „frycowego” celnikom. Pewnie dlatego, że granicę przekracza o trzeciej nad ranem, kiedy przy mroźnej pogodzie żadnemu z celników nie chce się wychodzić do samochodu. Szczęśliwi jadą prosto do Doliny. Może zbyt szczęśliwi, bo przed samą Doliną, wpadają w poślizg i rozbijają przód samochodu, sami cudem unikając śmierci.
Ten z transportem do Lwowa ma na granicy mniej szczęścia: celnik każe mu zostawić 20 kg cukru zamiast opłaty celnej, dojeżdża za to w całości na miejsce.
Z Katowic tymczasem dzwoni Marek Baron, że ma 650 paczek czekolady i bakalie do świątecznych ciast. Znowu więc szukam kolejnej możliwości transportu do nas, do Bytomia, na razie nie zastanawiając się nad tym jak to wszystko prześlę za wschodnią granicę.
Moje osobiste marzenia o własnych, rodzinnych świętach odsuwane są „na potem” i będzie to tak, że z obłędem w oczach, dwa dni przed wigilią będę się starała nadrobić wszelkie w tej mierze zaległości. Ale już wiem co dalej: po słodycze przyjedzie ksiądz Panasowiec sam osobiście, niestety dopiero po Nowym Roku, a po 200 kilogramowy transport cukru zgłoszą się jacyś znajomi siostry Teresy z Sambora. Na transport wydam więc tylko tyle co na paliwo.
Jeszcze przed końcem roku piszę do Kancelarii Senatu, do Wydziału Edukacji
i Wydziału Kultury naszego miasta z prośbą o zabezpieczenie środków finansowych na organizację naszego letniego przedsięwzięcia: dla najbiedniejszych polskich dzieci z Kresów i dla tej naszej, lokalnej biedoty ze Śląska. Mam tych 10 tysięcy z kwesty, mamy z Florydy część środków, które pozostały po naszym ubiegłorocznym koncercie, ale to wszystko o wiele za mało. Te wszystkie pisma, napisane jeszcze teraz, są konieczne, żeby określone wydatki zostały ujęte w planie organizacyjnym na przyszły rok. Inaczej – nie dostaniemy ani grosza.
To tak pokrótce piszę Ci, abyś wiedziała ile zachodu, czasu, sił i zdrowia, a także rezygnacji z własnych spraw wymaga zorganizowanie jakiejkolwiek akcji charytatywnej. A zresztą Tobie akurat tego wyjaśniać nie muszę. – Ty sama, przygotowująca dziesiątki paczek dla najbiedniejszych dokładnie o tym wiesz.
Piszę to z myślą, że wytłumaczysz mnie przed Przyjaciółmi z Chicago, do których nie zdążyłam ze świątecznymi listami...Już naprawdę nie było kiedy...
Dziękuję Ci za przesłane dla polskich rodzin we Lwowie pieniądze na święta. 50,-$ przekazałam tej pani dentystce, której spaliło się mieszkanie
i zaczadził się wnuczek, a drugą połowę polskiej lekarce, która nie ma pracy, dlatego, że jest Polką. Mówiłam Ci o niej: ma dziecko w polskiej szkole. Zresztą swego czasu to ja jej pomogłam w tej szkole dziecko umieścić, bo wiesz sama jak to jest – po znajomości są tam miejsca dla dzieci Ukraińców, bo dla nich jest to szansa na późniejsze studia w Polsce, a nasze – jeśli nie mają znikąd poparcia, to i szansy na taką szkołę dla nich nie ma. Wcześniej jej syn nie został do polskiej szkoły przyjęty, a ostatnio mąż stracił pracę. Tak żyją – i te 50,-$
z Chicago to dla nich prawdziwy dar z nieba. Jedna i druga napisze do Ciebie
i podziękuje osobiście tym wszystkim, których ofiarność sprawiła, że nie czują się w te święta opuszczone.
Ściskam Cię serdecznie i świątecznie, pozdrawiam Przyjaciół i Znajomych
i tych wszystkich, nieznanych mi z imienia i nazwiska, którzy spieszą z pomocą, kiedy mówisz o trudnym losie naszych Rodaków na Kresach.
I ja, niepomna na ten przedświąteczny bieg pomyślałam sobie, że nieważne to, że nie zdążyłam upiec makowca i orzechowego tortu, ważne, że do wigilijnego stołu usiadłam w poczuciu, że zrobiłam wszystko co w mojej mocy, aby komuś tam, daleko za wschodnią granicą było w ten wieczór radośnie na sercu z myślą: - NIE JESTEM SAM....
Wszystkiego dobrego w Nowym Roku – Mario! Życzę Ci sił i zdrowia do naszych następnych wspólnych wypraw na Kresy.
Pozdrowienia dla Pani Lusi Śliwy i wiernych słuchaczy Jej audycji

2007-06-10 22:51:47


WsteczW góręStrona startowaMapa serwisuKontakt