Byłam pod Czarnobylem

Przebywając w pamiętnym 1986 roku w Kijowie, doświadczyłam na własnej skórze jak wygląda „the day after”. Uczestniczyłam w życiu codziennym ludzi dotkniętych katastrofą, i przeżywałam wraz z nimi wydarzenia, jakie jej towarzyszyły.

Mogę wiec po latach powiedzieć: Byłam pod Czrnobylem.
Sporo czekałam na tę okazję: studia podyplomowe za granicą. Studia fundował Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich, miał więc prawo życzyć sobie, aby kandydaci spełniali określone wymogi. Moja kandydatura długo odpadała w przedbiegach, bo byłam bezpartyjna i nie należałam nawet do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Byłam za to działaczem „Solidarności”. Tylko dzięki temu, że wśród moich władz zwierzchnich znalazły się osoby gotowe za mnie poręczyć, wyjazd doszedł do skutku. Pojechałam, złożywszy wpierw obietnicę, że „nie będę się wychylać”. Obietnica ta będzie mnie potem drogo kosztować.
Same studia w Kijowskim Instytucie Językoznawstwa były nadzwyczaj nudną freblówką, taką na obowiązkowych 8 godzin dziennie,
w czasie których, poza wiedzą czysto językoznawczą, wciskano nam do głowy propagandowy kit. Nie było żadnych zwolnień z zajęć, były obowiązkowe zaliczenia, egzaminy, praca dyplomowa. Za te 200 rubli miesięcznie, które nam wypłacano (a były to na tamte warunki duże pieniądze: nasi wykładowcy zarabiali połowę) i darmowe miejsce w akademiku, władza radziecka wymagała od nas solidnego zaangażowania, dyscypliny i (jak się potem również okaże) pełnej dyspozycyjności. Pouczeni wcześniej na wakacyjnym kursie przygotowawczym w Polsce, pozostający pod troskliwym okiem politruków, wiedzieliśmy, że nie wolno dyskutować na tematy polityczne i niczego krytykować.
Wiadomość o katastrofie w elektrowni atomowej w Czarnobylu dotarła do nas z…Polski. Już nazajutrz dzwonili nasi bliscy, w alarmujący sposób wzywając nas do natychmiastowego powrotu do kraju.
Wracać? - dziwiliśmy się. Przecież nic strasznego się nie dzieje. Telewizja podała jako jedną z szeregowych informacji wiadomość o małej awarii w elektrowni atomowej – i na tym koniec. Życie w Kijowie – odległym od Czarnobyla o 134 km., toczyło się normalnym trybem, jakby nic się nie stało.
28 kwietnia, jadąc na zajęcia, widziałam tłum młodzieży, jak w pełnym słońcu w strojach gimnastycznych na stadionie „Dynama” ćwiczy ze szturmówkami i transparentami marsz przed 1-majowym pochodem. Będę ich tak oglądać codziennie aż do ostatniego kwietnia.
W radio – żadnych alarmujących wiesci. Głos zabrał, co prawda, minister zdrowia Ukrainy, ale tylko po to, żeby stwierdzić, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa.. Ludzie wierzą. To nie tak jak w Polsce, że owszem, przyjmuje się do wiadomości informacje oficjalne, ale zaraz potem łapie się Wolną Europę albo Głos Ameryki, żeby się dowiedzieć jak jest naprawdę.
Za wschodnią granicą, – co powie władza – to święte. Przynajmniej wtedy tak było. Były jakieś przecieki, że jest źle. Z Polski, gdzie też usiłowano zbagatelizować sprawę, dochodziły jednak wieści, że podano płyn Lugola, że były badania poziomu skażenia… A tu? - Spokój.
Dziś, po latach, kiedy ilość ofiar ocenia się na ponad 8.000 nie chce się wierzyć, że kochana władza radziecka dla zamydlenia oczu zagranicy i uspokojenia opinii publicznej, potrafiła poświęcić zdrowie tysięcy młodych ludzi, ich właśnie wystawiając na pokaz, posyłając tam, gdzie najbardziej niebezpiecznie. W sukurs komunistycznym bonzom ZSRR poszli też przywódcy bratnich krajów socjalistycznych. To nie przypadek, że właśnie wtedy, po raz pierwszy (i jedyny zresztą) trasę kolarskiego wyścigu Warszawa- Berlin – Praga poprowadzono przez Kijów. Ludzie uspokojeni kojącymi wiadomościami z radia mówili:
- Jakieś niebezpieczeństwo? Wybuch? – Przecież nic nie widać, nic nie czuć, nikt nie umiera na ulicy.
Samoloty nad Kijowem rozpylały, co prawda, codziennie o świcie jakąś substancję, ale kto by się tam zastanawiał, – dlaczego?
W dniu Święta Pracy na trybunie honorowej stanął I sekretarz KC Komunistycznej Partii Ukrainy – W. Szczerbicki razem ze swoim wnuczkiem. Ludzie mówili: - Jakby było źle, nie narażałby dziecka.
Jak się potem okazało, wnuczek cały czas przebywał daleko poza Kijowem i tylko na tych parę godzin, w celach propagandowych przywieziony został do stolicy Ukrainy.
A my? – Dostąpiliśmy szczególnego splendoru uczestniczenia w pierwszoma-jowej demonstracji w charakterze gości, obserwujących przemarsz z trybuny honorowej. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z niebezpieczeństwa przebywania przez wiele godzin w pełnym słońcu i z tego, że nasz udział stanowi niezły materiał propagandowy. Nikt nie odmówił przyjęcia tego „zaszczytu”. Dlaczego? Hm… Tym, którzy nie pamiętają tamtych czasów dosyć trudno uświadomić sobie znaczenie słów: dobrowolny przymus. Było nie do pomyślenia, żeby ktokolwiek z nas się wychylił.
Defilada trwała ponad 5 godzin w nieznośnym upale – i po raz pierwszy jej obszerne fragmenty pokazały Eurowizja i Interwizja. Dotychczas bywały to tylko migawki ze stolic świętujących 1 Maja. Tym razem zaszczytu pojawienia się na ekranach telewizorów na całym świecie dostąpił również Kijów. Dlaczego? – Ano, macie, zobaczcie na własne oczy, że zycie u nas toczy się normalnie i nie ma najmniejszych podstaw, by wierzyć oszczerstwom.
To tylko kłamliwa, zachodnia propaganda szkaluje, jak zwykle, Kraj Rad!
Gdzieś w następny dzień w migawce telewizyjnej wykpiono tchórzostwo zachodnich studentów, którzy na wieść o wybuchu opuszczali moskiewskie uczelnie. Nam zadzwonił dzwonek alarmowy: - Coś musi być, jeśli oni, tak daleko od Czarnobyla, - a wieją. W końcu: gdzie Moskwa, gdzie Kijów? A my?
Pod wpływem tej wiadomości zażądaliśmy spotkania z przedstawicielem polskiego konsulatu w Kijowie. Zjawił się konsul W. i „po linii i na bazie”,
w myśl instrukcji otrzymanych zapewne od władz Ukrainy, przedstawił zachowanie amerykańskich studentów jako panikarskie. Stanowczo również stwierdził, że nie ma zgody polskich władz oświatowych na nasz powrót do kraju i takie rozwiązanie w ogóle nie wchodzi w rachubę. Dodał przy tym, że „nie wolno nam opuszczać w takiej chwili przyjaciół’.
„Przyjaciół???” – mimo zaangażowanej politycznie większości, odezwały się głosy myślących racjonalnie. - Tu chodzi o nasze zdrowie i nasze życie.
- My chcemy do Polski!
Dzwonię jeszcze w tym samym dniu do moich zwierzchników: – Wracam.
Pomóżcie mi się stad wydostać.
- Coś ty… Nie możesz nam tego zrobić. Poręczyliśmy za ciebie. Dałaś słowo, że nam niczego nie „wykręcisz”. Wytrzymaj do końca! – usłyszałam w odpowiedzi.
A konsul? – Dla uspokojenia gorącej atmosfery obiecał wszystkim badania na wysokość skażenia. I tyle.
Ktoś dociekliwy zapyta: - Jak to? Nie można było tak po prostu wsiąść w pociąg i wrócić do domu? W czym problem? Ano w tym, że w dniu przyjazdu do Kijowa musieliśmy zdeponować nasze paszporty w rektoracie uczelni.
A spróbuj człowieku poruszać się po Kraju Rad i przekroczyć ruską granicę bez tego dokumentu!
Badania przebiegały taśmowo i czuła aparatura ani drgnęła na widok którego-kolwiek z nas. Badano nią każdego osobnika od stóp do głów. Aparatura wyrażała się jednakowo obojętnie zarówno o naszych świeżo umytych włosach, jak i zakurzonych butach, na których niewątpliwie osiadał pył o dużym stopniu skażenia. Sowiecka służba zdrowia wywiązała się z obowiązku.
Jedna z koleżanek, będąca w ciąży, nie wytrzymała psychicznego obciążenia i zaniosła się histerycznym płaczem. Lekarka wzięła ją na osobistą rozmowę i dziewczyna wyszła z oświadczeniem lekarskim o wskazaniach do powrotu do domu. Ów akt miłosierdzia źle się skończył dla wrażliwej lekarki. Druga grupa, wracająca nazajutrz z badań, przyniosła nam sensacyjną wiadomość:
- Pani doktor za wydanie tego zezwolenia pożegnała się z pracą. A my?
Otrzymaliśmy propozycję nie do odrzucenia. W najbliższą niedzielę (a była to jak raz prawosławna Wielkanoc) – mamy darmową wycieczkę po Dnieprze, „przypadkowo” w stronę Czarnobyla. Reportaż z tej eskapady miała zrealizować towarzysząca nam telewizja.
Zawsze znajdzie się kilka idiotek chętnych do pokazania się za wszelka cenę w TV, ale większość rozsądnych przemówiła im do rozumu. Jasnym było, że ten film miał stanowić przeciwwagę dla informacji o wyjeździe zachodnich studentów. Ktoś znający temat zwrócił nam uwagę, że siła promieniowania rośnie w słońcu i w odbiciu od lustra wody, wiec nie dajmy się „wrobić”.
Naszą odmowę władze uczelni przyjęły ze zrozumieniem, ale w „nagrodę”,
w ową Wielkanoc, kiedy chcieliśmy zobaczyć w cerkwi zwyczaje prawosławne, zrobiono nam od rana ośmiogodzinne, obowiązkowe szkolenie polityczne.
Ot, czym się kończy u przyjaciół brak dyscypliny i dyspozycyjności.
W radio ponownie odezwał się minister zdrowia, tym razem sugerując, aby nie wychodzić z domu bez specjalnej potrzeby. Mówił także o konieczności dokładnego mycia się i prania całej odzieży po powrocie, dodając, by nie spożywać również owoców i warzyw niewiadomego pochodzenia. Mimo lekkiego tonu tej wypowiedzi naród wpadł w panikę. Jeszcze w tym samym dniu ze zdziwieniem obserwuję kilkukilometrową (dosłownie!) kolejkę do ukraińskiego odpowiednika naszego „Orbisu”, prowadzącego przedsprzedaż biletów kolejowych na dalekie trasy. Kto żyw, kto ma chody, układy, bierze urlop; kto ich nie ma – po prostu zwalnia się z pracy i ucieka jak najdalej od Kijowa. Po dwóch dniach – spokój.
I co? – pytam zaprzyjaźnioną kijowiankę. Opanowano panikę?
- Nie – odpowiada. Tylko, że już wszystkie bilety na pociągi dalekobieżne zostały wyprzedane na dwa miesiące naprzód.
Wisielczy dowcip z tego okresu mówił, że pozostały już tylko bilety do Czarnobyla.
Przyciśnięta przez nas do muru jedna z wykładowczyń, taka mniej politycznie zacietrzewiona i z mniejszymi klapkami na oczach, przy tym matka 8-letniego dziecka – nie wytrzymała psychicznie, rozpłakała się.
- Jest źle. Co będzie z nami? Co będzie z naszymi dziećmi?...
Rzeczywiście, jest naprawdę źle. Nastrój paniki pogłębił się. Dużo ludzi wyjechało. Wcześniej zakończono rok szkolny i 8 maja rozpoczęto i bardzo szybko przeprowadzono ewakuację wszystkich dzieci do lat 16. Po cichu zaczęto mówić o planowanej ewakuacji całego Kijowa. Okazało się to nie takie proste. Związek Radziecki wielki, ale Kijów – to, jakby nie było – 2 mln. mieszkańców.
Miasto bez dzieci stało się smutne. Nam, przed Dniem Zwycięstwa, na poprawę humoru, podano w charakterze toastu okolicznościowego – płyn Lugola. W dwa tygodnie po awarii znaczył on tyle, co musztarda po obiedzie.
Na straganach bazarów więdły dorodne truskawki, czereśnie i rzodkiewki. Tak było może przez dwa tygodnie, potem ludzie na wszystko machnęli ręką. Coś tam w końcu jeść trzeba. Podobnie było z mlekiem. Pod koniec maja ludzie jedli już wszystko, robili przetwory ze skażonych owoców z rezygnacją, że co ma kogo spotkać, to go i tak nie ominie.
Znajoma tancerka kabaretowa któregoś dnia przekazała mi z grobową miną:
- Jadę do Czarnobyla..
Nie wierzyłam własnym uszom.
- Czyś ty zwariowała? Komu w Czarnobylu potrzebny kabaret?
- Jedziemy z programem rozrywkowym dla pracowników usuwających skutki awarii. Będzie telewizja.
- Gdzie ty się pchasz? Przecież to niebezpieczne…
- A czy nas kto pytał o zgodę? Jest „prikaz”, to się jedzie. Powiedzieli tylko, że kto odmówi, może się pożegnać z pracą. Ty wiesz jak trudno o pracę w dobrym zespole.
Pojechała. Ałła Pugaczowa, znakomita piosenkarka, odmówiła udziału w podobnym programie. Znalazła się pod pręgierzem opinii publicznej. Pluli na nią we wszystkich środkach masowego przekazu za postawę niegodną radzieckiej artystki. Trzeba było mieć niezłą odporność, żeby taką presję wytrzymać.
Żar lał się z nieba przez całe dwa miesiące. Nie spadła ani kropla deszczu.
Aśka, dziewczyna młoda, reprezentacyjna i „do wzięcia” - w wolnych od zajęć chwilach biegała nad Dniepr i smażyła się na plaży, całkowicie bagatelizując zagrożenie. Lubiła przyćmiewać inne dziewczyny urodą, a szczególnie pięknie opalonym ciałem.
Pierwszy od awarii deszcz spadł pod koniec czerwca. Byłyśmy wtedy jak raz całą grupą na Kreszczatiku i zachowując się trochę jak Gene Kelly w „Deszczowej piosence” – tańczyłyśmy z radości boso, w strugach ulewnego deszczu na pryncypialnej ulicy, wystawiając twarz na jego ożywcze (jak nam się wydawało) krople. Idiotki. Nie wiedzieć nic o kwaśnych deszczach i ich skutkach!
Po powrocie do Polski zbadałam się w Instytucie Izotopowym w Katowicach-Ligocie. Znajomy, szef tego Instytutu – docent N. załamał ręce na widok wyników badań. Poziom strontu i cezu, które odłożyły się w kośćcu okazał się być siedmiokrotnie większy niż poziom stwierdzony u pracowników polskiej ekipy budowlanej, która opuściła Kijów w dwa dni po awarii.
- Jak z tym żyć? – zapytałam z lękiem. Jak się leczyć?
- Leku żadnego na to nie ma, a okres naturalnego rozpadu wynosi ponad 30 lat..- usłyszałam w odpowiedzi.
No tak…to już tylko „ziemia wyciągnie” – pomyślałam.
- Powinna pani uważać na siebie. Nie wiadomo jaki bodziec może wywołać białaczkę.

***

Aśka umarła w parę lat po awarii. Nie przypuszczam, aby zaliczono ją do podanej oficjalnie liczby 8.000 ofiar.
A ja?
– Wyrok: nowotwór złośliwy - usłyszałam rok temu.
Póki co - pierwsze starcie z chorobą wygrałam. Żyję, ale jak na bombie zegarowej z opóźnionym zapłonem, wsłuchując się z lękiem - jak tyka wmontowany w nią zegar…..
Kiedy wybuchnie?

Danuta Skalska

2007-06-10 23:09:28


WsteczW góręStrona startowaMapa serwisuKontakt