Polska oaza w Dolinie

Niewielkie, przeciętne kresowe miasteczko, a niezwyczajne miejsce. Po wycięciu w pień Polaków w pamiętnym 43 roku – skazane na wyrugowanie polskości tak, by w tym miejscu nie odrodziła się nawet w dziesiątym pokoleniu. W tej nowej Dolinie,- podlana bratobójczą krwią, bujnie, jak chwast - rozpleniać się miała sama tylko nienawiść.....

Tymczasem – aż wierzyć się nie chce, ale w tej właśnie Dolinie, otoczonej złą sławą, kwitnie odrodzone na nowo życie religijne, kulturalne, oazowe, rozwija się polskie szkolnictwo w sobotnio-niedzielnych szkołach, kultywowane są polskie zwyczaje i tradycje. Wszystko za sprawą księdza Krzysztofa Panasowca.
Księdza Krzysztofa poznałam 10 lat temu. Wtedy, kiedy dawne Kresy Wschodnie RP podzielono na regiony i każdemu z Oddziałów Towarzystwa Miłośników Lwowa oddano pod opiekę jakąś miejscowość, Bytom, będący jednym z najbardziej prężnych Oddziałów otrzymał aż trzy: Dolinę, Kałusz i Bolechów. W Dolinie właśnie rozpoczynał swoją pracę młodziutki ksiądz – Krzysztof Panasowiec.
- Jeśli mam udzielać pomocy – pomyślałam,- to muszę wiedzieć jak wyglądają warunki, w jakich ten ksiądz pracuje, jakie ma oczekiwania względem mojego Oddziału, jaki pomysł na współpracę i własne działanie na tym terenie.
Ksiądz Panasowiec przyjął nas wtedy tak, jak przyjmuje się najbliższą rodzinę. Szczerze i od serca.
Jesteście głodni, z dalekiej drogi... - bardziej stwierdził niż zapytał.
I potem już nie pytając o nic - otworzył kuferek, z którym nie dalej jak rankiem tego samego dnia przyjechał z Polski, z Lublina, gdzie mieszka jego matka.
Mama wyprowiantowała mnie na drogę - powiedział z uśmiechem pokazując stosik nasmażonych matczyną ręką kotletów schabowych.
- No to zapraszam was do stołu!
Znalazły się jeszcze jakieś ogórki, pomidory, trochę kartofli i tak wspólnie, siedząc razem przy sfatygowanym stole na trzech krzesłach, z których każde było z przysłowiowo innej parafii – rozmawialiśmy o tym, co razem zamierzamy zrobić.
Wcześniej oglądaliśmy królestwo księdza, to znaczy kościół, którego właściwie jeszcze nie było, bo czyż kościołem można było wtedy nazwać fragmenty murów, bez dachu, bez drzwi; taką ruinę, która pozostała z lat wojny, okupacji
i władzy sowieckiej, nader „łaskawej” dla Polski i kościoła katolickiego?
To pokryję dachem, tu położymy tynk. Będą ławki, ołtarz...- mówił ksiądz.
Czy ksiądz zna się choć trochę na murarce i ciesiółce? – pytałam.
Nie.
No, synu - pomyślałam sobie, patrząc na tego chłopca w sutannie, co tak sobie na głos marzył o swoim odbudowanym kościele, - chyba tylko cud sprawi, że ten kościół powstanie z tych ruin.
Ale czyż mogłam wtedy powiedzieć to na głos, odbierać nadzieję na spełnienie tego, co już żywymi obrazami rodziło się w wyobraźni księdza Panasowca? Wiedziałam jedno: tu nie będzie łatwo.
Jakżeż w tej Dolinie, na ziemi, gdzie w pamiętnym 43 roku ukraińscy nacjonaliści wymordowali wszystkich Polaków nie wyłączając starców i niemowląt, wszystko od nowa zbudować? Kościół – jako świątynię z cegieł
i jako społeczność, składającą się z ludzi wyznania rzymsko-katolickiego. Odbudować przy wyjątkowo niesprzyjającym tym poczynaniom stosunku lokalnych władz.
Pomożemy księdzu – powiedziałam na głos, zastanawiając się w duchu, na ile ta moja pomoc w tym, co tu jest, okaże się być przydatną.

O Dolinie starałam się pamiętać przez wszystkie lata mojego prezesowania. Na początek, razem z moim lwowskim kabaretem „Pacałycha” wyśpiewaliśmy pieniądze na organy. A potem, jeśli była możliwość zdobycia środków finansowych, żywności, – szło to właśnie tam. Pomagała amerykańska Polonia, która, za każdym przyjazdem Pani Marii Mireckiej-Loryś – regularnie wspierała Dolinę. Zdawałam sobie jednak sprawę, że to wszystko jest kroplą
w morzu potrzeb i, że nie mając jakichś szczególnych łask w niebie, ksiądz Krzysztof nie zdołałby dokonać tego, czego, jak się później okaże - dokonał przez lat dziesięć. Przecież, poza zdobyciem środków finansowych, należało jeszcze pokonać opór miejscowych władz, niechętnych Polsce i Polakom.
Jak mu się to udało?

Dla kogoś, kto był ze mną w Dolinie 10 lat temu i przyjechałby tu dziś – wrażenie byłoby piorunujące. Dla mnie, która osobiście odwiedzam co roku podopieczne miejscowości, ten widok zaskoczeniem nie jest. Przywykłam, że wszystko za co bierze się ten młody ksiądz – kończy się sukcesem.
Kościół odbudowany, a jakże. Drugi taki sam – w Kałuszu.
Kiedy z Marią Loryś spieszymy się, żeby przed północą zdążyć do Lwowa i już nie mamy czasu, by jeszcze gdziekolwiek jechać, ksiądz Panasowiec prosi:
- Jeźdźcie ze mną, panie, do Bolechowa. Mam tam mszę wieczorną. Wejdziecie tylko na chwilę do kościoła. Na chwilę – powtarza z uśmiechem, - a potem pojedziecie do Lwowa...
Jak tu odmówić księdzu? Jedziemy wiec do tego Bolechowa, a kiedy stajemy
w drzwiach trzeciego z kościołów w ciągu 10 lat podniesionego dosłownie z ruin – z wrażenia odbiera nam mowę. BOMBONIERKA. Dosłownie tak można by określić to cacko, dzięki wysiłkowi księdza Panasowca – przywrócone Bogu i Polakom.
No i jak? - pyta ksiądz Krzysztof. Jest w tym pytaniu jakaś, trochę łobuzerska chęć przekomarzania się z nami, na widok tych naszych zastygłych ze zdumienia spojrzeń, i jakieś takie ogniki wielkiej radości na widok naszego zaskoczenia. Jest i poczucie dumy z tego, co udało mu się osiągnąć.
Warto było do tego Bolechowa pojechać, oj, warto, nawet, jeśli potem nasz kierowca długo będzie kluczył po lwowskich, pozbawionych oświetlenia uliczkach i przywiezie nas do lwowskiego domu grubo po północy.



Przy kościele w Dolinie jest sala parafialna. Właściwie to była, bo teraz jest to już nie sala, a prawdziwy dom oazowy, gdzie przez cały rok toczy się życie religijne i kulturalne. Tu ksiądz Panasowiec organizuje regularną naukę języka polskiego w sobotnio-niedzielnej szkółce, tu odbywają się festiwale polskiej piosenki, koncerty piosenki religijnej, konkursy, przeglądy, imprezy z okazji świąt kościelnych, a także...zajęcia sportowe. Ksiądz Panasowiec jest bowiem zapalonym sportowcem i zanim został księdzem, był zawodnikiem w lekkoatletycznej reprezentacji Polski. Niesamowity człowiek!
Pomagać takiemu to prawdziwa satysfakcja. Człowiek ma poczucie, że
w rękach takiego księdza, z Bożym błogosławieństwem i ludzką pomocą wszystko zamienia się w najprawdziwsze złoto.
Jak on na wszystko znajduje czas?
Trzy parafie na codzień. Odległe o paręnaście kilometrów! W szkółkach razem – 350 uczniów rocznie.
A w międzyczasie kiedyś przecież trzeba było te kościoły odbudować
i w ludziach też – odbudować tamtą wiarę i więzi, które sprawiają, że społeczność ludzka staje się kościołem Bożym na ziemi.
Ksiądz mobilizuje dzieci do nauki, a dorosłych do wspólnego wysiłku dla wspólnego dobra. Jakże bowiem inaczej udałoby mu się to, co się udało?
Prawda, trochę mu jakby włosy zszarzały przez tych dziesięć lat, ale uśmiech ten sam i te same życzliwe i radosne ogniki w oczach.

Kiedy w tym roku przyjeżdżamy do Doliny, księdza Krzysztofa akurat nie ma. Jest w Polsce, z kolejną grupą dzieci na letnim obozie. Podczas jego nieobecności w Dolinie na turnusie oazowym przebywa grupa młodzieży ze Lwowa, z parafii lwowskich i podlwowskich.
Obecny tu ksiądz jest na oazie po raz dziesiąty. Mówi:
Myśmy tu razem z księdzem Krzysztofem przyjechali na dawne Kresy wschodnie, kiedy przed dziesięciu laty otworzyła się możliwość pracy duszpasterskiej. Z naszego rocznika pojechało nas, po skończeniu seminarium, czterech. Dysponował nami ks. Kardynał Marian Jaworski.
Co skłoniło księdza do przyjazdu właśnie tutaj? Korzenie rodzinne?
Do Lwowa - tradycja rodzinna . Mój ojciec jest stamtąd, a w seminarium również byliśmy wychowani w tradycji lwowskiej, ponieważ należało ono do dawnej lwowskiej archidiecezji z obecną siedzibą w Lubaczowie. Była to archidiecezja, która po wojnie, po zmianie granic, została po stronie polskiej.
Czy w taki sam sposób wychowuje teraz ksiądz tych młodych ludzi, którzy urodzili się na obecnej Ukrainie i którzy dopiero teraz odnajdują swoje polskie korzenie?
Na pierwszym miejscu stawiamy Pana Boga, ale też się mówi, że człowiek jest z ludu wzięty i do ludzi jest posyłany, by służyć im i przybliżać im te wartości, które czynią z nich prawdziwych obywateli Nieba, ale także i Ziemi.
Aby ci młodzi ludzie dobrze się czuli tu, w tym miejscu na ziemi, – w oazowej Dolinie wiele się dzieje. Przez miniony rok w sposób imponujący poszły do przodu prace budowlane i dom oazowy imponuje swoją funkcjonalnością. A jakie efekty daje oazowa praca z młodzieżą?
Przez tych 10 lat przygotowałem sobie nowa kadrę. Przedtem przejeżdżali animatorzy ruchu oazowego z Krakowa – teraz działają tu młodzi stąd, z dawnego województwa stanisławowskiego. Przekazywaliśmy im swoją wiarę i swoje serce, a także doświadczenie; teraz oni będą przekazywać to następnym.
- Wiem o kłopotach finansowych, o tym, że ks. Panasowiec czyni bezskuteczne jak dotąd starania, o pozyskanie środków ze Stowarzyszenia Wspólnota Polska na opłacenie nauczycieli w szkółkach niedzielnych. Wiem także, że na pewnym etapie tych starań otrzymał odpowiedź, że Wspólnoty Polskiej w chwili obecnej nie stać na opłacenie lekcji języka polskiego, a rzecz idzie o 1 (słownie: jednego!!!!!) dolara za godzinę lekcyjną! Czy od tamtego czasu coś zmieniło się na lepsze?
Nie, nie mamy do tej pory tych środków. Mogę jeszcze tylko dodać, jako odpowiedzialny za audycje religijne współpracownik Polskiego Radia Lwów, że generalnie zmniejszyło się zainteresowanie sprawami Polaków na Kresach. Fundacja Pomoc Polakom na Wschodzie finansowała nam tygodniowo godzinny program religijny i trzygodzinny program świecki. Środki szły na opłacenie czasu antenowego, bo my musimy czas antenowy kupować w radiu ukraińskim. Po zmianie zarządu Fundacji nastąpiło cofnięcie wszelkich dotacji: i na program katolicki i na program świecki Radia Lwów. Więc problemy, jak pani widzi, dotyczą nie tylko finansowania nauki w polskich szkołach.

Jedna z uczestniczek oazy, Terenia ze Lwowa, mówi:
Mieszkam we Lwowie, a na oazie jestem już po raz czwarty i jestem z tego bardzo zadowolona. Jest tu świetna atmosfera, tworzymy razem wspólnotę, modlimy się razem, razem się cieszymy i razem chwalimy Boga, również piosenką, wesołą zabawą i udziałem w codziennych pracach porządkowych. - Ja jestem Polką i dlatego dobrze mówię po polsku. Na pewno nie bez znaczenia jest, że moja babcia, polonistka, jest nauczycielką w lwowskiej szkole nr 10.
A w domu to rozmawiamy tylko i wyłącznie po polsku
A na ile te oazy pomagają twoim koleżankom i kolegom, którzy nie uczą się na codzień języka polskiego?
Bardzo, bo przecież tu wszystko jest w języku polskim i między sobą też mówimy tylko po polsku. A są wśród nas również dzieci z rodzin mieszanych, i nie przeszkadza to, by w domu gdzie matka jest Ukrainką, a ojciec Polakiem – mówiło się po polsku.

Dzieci z Doliny w tym roku były dwukrotnie w Bytomiu.
W czerwcu – na kilkudniowej wycieczce, a w sierpniu na dwutygodniowym obozie harcerskim, w którym uczestniczyły wraz z grupą dzieci z najbiedniejszych śląskich rodzin. Na ten cel – tradycyjnie podczas ubiegłorocznego dnia Wszystkich Świętych przeprowadziliśmy kwestę. Dołączyli do nas uczniowie z Technikum Elektronicznego w Sosnowcu,
a w okresie świątecznym – również studenci Uniwersytetu Śląskiego. Zebraliśmy około 12 tysięcy złotych. To dużo, ale za mało na sfinansowanie takiego przedsięwziecia. Pomogła nam kancelaria Senatu – opłacając koszty przejazdu i Fundacja CIVITAS CHRISTIANA – organizując wycieczki i kieszonkowe dla naszych podopiecznych.
To był wspaniały obóz, pełen atrakcji i przygód. Zwiedzanie zabytkowej kopalni srebra ze zjazdem pod ziemię, Jasna Góra z zabytkami sakralnymi, basen w ośrodku wczasowym, stadnina koni i jazda konna, wieczorne ogniska i wiele wspaniałych ludzi, właścicieli firm i zakładów, którzy fundowali słodycze, lody, wędliny i nagrody dla najlepszych uczestników obozu. Towarzyszyło temu przedsięwzięciu duże zainteresowanie telewizji polskiej, radia i prasy.
Na następny rok dzieci będzie więcej, bo w tegorocznej kweście wezmą także udział władze Tarnowskich Gór, dzięki czemu nasza kwesta zatoczy szerszy krąg. A na obozie, poza atrakcjami będzie jeszcze coś, co jest nie mniej istotne, a naszym zdaniem – ważniejsze od wszelkich atrakcji: regularna, codzienna nauka języka polskiego prowadzona przez naszych, najlepszych nauczycieli-polonistów.
Czyż nasze dzieci z Polski nie wyjeżdżają np. do Anglii, by w taki sam sposób szlifować język angielski?
Na obozie harcerskim są najlepsze wzorce, najatrakcyjniejsze formy spędzania wolnego czasu, kontakt z najwartościowszą grupą rówieśniczą, a jeśli jeszcze do tego dodać obowiązkową konwersację i naukę języka polskiego.... Zbiorowy wysiłek ludzi, którzy w trudzie zdobywają środki na wakacje dla dzieci z Kresów – nie pójdzie na marne.
Marzy ksiądz Panasowiec, marzę więc i ja – że na takim obozie, obozie dzieci
z Kresów i ze Śląska znajdą się również harcerze z Kanady i z Chicago. Poznałam ich przecież parę lat temu i wiem, że ciekawi są Polski, ciekawi Kresów, ciekawi swoich rówieśników mówiących po polsku, ale mieszkających poza krajem.

Ksiądz Panasowiec – odwiedzając tegoroczny obóz mówił: mam mnóstwo dzieci, którym co roku muszę zapewnić wyjazd do Polski. Jest to dla nich nagroda za udział w życiu religijnym parafii, za pilność i przykładanie się do nauki j. polskiego, za zapał i energię, z jaką zabierają się do uczestnictwa
w festiwalach, przeglądach, konkursach, do organizacji jasełek, i tradycyjnych polskich spotkań świątecznych.
Czy wolno nam choć jedno z tych dzieci pominąć?


Adres Księdza Panasowca w Dolinie:
Ksiądz Krzysztof Panasowiec
77-502 Dolina
ul. Mickiewicza 7
telefon: 00380-34-772-39-67
lub 00380-34-772-16-37
Danuta Skalska

2007-06-10 23:26:37


WsteczW góręStrona startowaMapa serwisuKontakt