Mój Bytom - mój Lwów

Bytom zaczęłam poznawać od podwórka.. Było zapyziałe i brudne, ale wabiło mnie niezwykłym towarzystwem. Stanowili je: Werner, Pyjter, Heinz, Monia i Roza. Mówili dziwnie twardo i chwilami niezrozumiale; zupełnie inaczej niż mówiło się u nas w domu, ale byli parę lat starsi i mnie, kilkuletniemu brzdącowi – imponowali.

Jedli chleb z „tustym”, i nie z kiełbasą tylko z „wusztem”, który kładli na „sznitę”. Pyjter z Heinzem grali w „fuzbal” , a nie w piłkę, a na buty mówili tak jakoś dziwnie: „szczewiki”, a nie po ludzku: „meszty” - tak jak my.
Matka Heinza – pani Jeziorowska, która wcześniej nazywała się Jorg, ( a może Jork?) na początku wołała za moim ojcem: - Ty pieroński gorolu!
Nie wiedziałam, dlaczego. Nie byliśmy przecież żadnymi góralami; przyjechaliśmy ze Lwowa..
Tato na tego „gorola” nie reagował, tylko mama z żalu czasami sobie popłakała.
Ojciec kiedyś nie wytrzymał i odpowiedział Jeziorowskiej:
- Patrzcie ją, znalazła się Polka za „pięć dwadzieścia”.
Dlaczego: pięć-dwadzieścia? – Nie mogłam zrozumieć.
Dopiero później dowiedziałam się, że chodziło o spolszczone „fynfundcwancig” czyli dwadzieścia pięć złotych. Tyle kosztowała wówczas zamiana niemieckiego nazwiska na polskie.
Polskie nazwisko miała także babcia Maryjka. To nie była prawdziwa babcia, znaczy się - moja własna, tylko przyszywana. Moje nie przeżyły wojny i ukraińskiej rzezi na Kresach. Babcia Maryjka miała nam je obie zastąpić. Przychodziła opiekować się moją młodszą siostrą Krysią i pozostała przy naszej rodzinie do końca. Krzysiunię niańczyła z wielkim oddaniem. Pamiętam: brała ją „na klin”, „kolebała” i śpiewała jej różne tam takie, całkiem niezrozumiałe dla mnie „pieśniczki”. „Krista” była jej oczkiem w głowie; taki „lipling” od „ołmy”, a ja – wstyd przyznać: „gizd pieroński" nieusłuchany, który - bywało, wymagał „wyzwyrtanio biglem po rzici”.
Uciekałam więc przed tym „wyzwyrtaniem” na podwórko, do Moni i Rozy.
Raz i drugi Roza od Jeziorowskiej przyszła do nas na pierogi i potem zaprosiła mnie do siebie.
To mój fater! – Pokazała mi stojące na „nakastliku” zdjęcia. - Zginął na wojnie.
Nie wierzyłam własnym oczom. Fater Rozy był w niemieckim mundurze.
W mundurze Wermachtu, z hitlerowskimi odznaczeniami!!!!
Z jednej strony myślałam sobie: - Dobrze, że zginął taki hitlerowiec, który pewnie mordował Polaków! - A z drugiej - było mi zwyczajnie żal Rozy, bo to był przecież jej ojciec.
Nie mogłam w swoim dziecięcym rozumku pojąć - jak córka niemieckiego żołnierza może być Polką, tak jak nie mogłam zrozumieć wielu innych rzeczy, jak na przykład tej - dlaczego tak do końca rodzice nie rozpakowują wszystkich przywiezionych „stamtąd” rzeczy. Stamtąd – to znaczy; ze Lwowa.
Meble w mieszkaniu, które dostaliśmy z PUR-u, nie były nasze.
Nie nasze były także wiszące na ścianach zdjęcia jakichś zupełnie obcych ludzi. „Poniemieckie” – mówiła mama. Zapakowała je w pudełko z UNRRY i schowała na strychu.
Może kiedyś ktoś po nie przyjedzie? – I dodawała z westchnieniem:
- Szkoda ludzi. Co ta wojna z nami wszystkimi zrobiła....
Nasz był kufer. Najważniejszy mebel w domu. Najważniejszy - bo ze Lwowa.
Niedługo będziemy wracali.- Wyjaśniał tato, kiedy pytałam, dlaczego nie rozpakowuje go do końca.
Stawiał mnie na tym kufrze i tłumaczył, że jeszcze trochę, że wpierw muszę ciut urosnąć i, że dopiero wtedy wrócimy z powrotem do Lwowa.
Cóż to za miasto, ten Lwów? – Myślałam po dziecinnemu.- Pewnie musi być niezwyczajne, takie jak z bajki.
Nie mogło być inaczej, skoro dzień w dzień rodzice o nim mówili.
A kiedy przychodziła niedziela i zjeżdżała z Gliwic rodzina na czele z moją mamą chrzestną, dla swej krągłości zwanej ciocią Bańdziuchową – no to był Lwów, Lwów i tylko Lwów.
Z ogniem w oczach wszyscy opowiadali o niezwykłych miejscach w tym niezwykłym mieście....Słuchałam tego z zapartym tchem i w wyobraźni wędrowałam wraz z nimi. Były łzy...i niezmienne: - Daj Boże, na następny rok będziemy z powrotem w DOMU... ..A potem zaczynali śpiewać...
Ciiiiii.... – uciszał ojciec, kiedy ktoś z rodziny rozochocił się i śpiewał zbyt głośno – i dodawał zaraz: - Ściany uszy mają.
Nie mogłam tego pojąć. Gdzie są te uszy na ścianach i dlaczego o tym bajecznym Lwowie nie wolno głośno śpiewać?
Ciekawa byłam bardzo tego miasta, ale coraz mniej chciało mi się tam wyjeżdżać, bo jakże to tak: teraz, kiedy tak fajno bawimy się z Roza i Monią na podwórku miałabym jechać, nie wiadomo po co?
- No, może i fajny jest ten Lwów - myślałam po dziecinnemu, - ale tu niedaleko, też są miejsca niezwykłe....

Mama o tym miejscu mówiła: „dzika kraina”. Dziś wiem dlaczego, kiedy czytam, albo oglądam w TV reportaże o Lipinach. Ale wtedy...?
Jechać do Lipin – to była frajda!!!
W Lipinach mieszkał stryjku Władek. Tak, właśnie stryjku, bo na wschodzie brat ojca – to nie był żaden wujek tylko stryjku. A jego żona, czyli moja stryjenka (czy, jak mówiliśmy: stryjanka) - nazywała się Mija i była najprawdziwszą Ślązaczką.
Moi kuzyni – też byli inni. To były „synki". Oni nie mówili – tylko „godali”.
Do kościoła też nie chodzili się modlić tylko „rzykać”.
Że takim językiem mówili ci z mojego podwórka - to zrozumiałe, ale żeby w mojej, lwowskiej rodzinie, tak mówili moi lwowscy kuzyni?
No jak to tak? - myślałam. Jak stryjku jest ze Lwowa, to czemu wziął sobie stryjankę z Lipin? I czemu jest tak śmiesznie: chłopaki są „bajtle”, a do mnie, lwowianki, mówią „dziołcha”. I co za głupie imiona mają w tych Lipinach! Jedna siostra od stryjanki to jest Gryjta, a druga Truda, a brat nazywa się Helmut. I w ogóle gdzie ten stryjku znalazł taką dziwną stryjankę i tę, jeszcze dziwniejszą całą jej rodzinę?
Tato mówił, że na robotach w Niemczech.
Stryjanka podejmowała nas czym chata bogata. Biednie, ale ze szczerego serca. Były wodzionka, żur, a do „pomaszkiecenia” - „kreple”.
Na niedzielny obiad - rolady i „gumiklejzy”. Kapusta do tego u stryjanki była jakaś dziwna, nie taka jak u nas w domu. Nazywała się: modro. I bardzo mi smakowała. W ogóle u stryjanki smakowalo mi literalnie wszystko.
Dziwiło to moją mamę, która zwykła była mówić o mnie: „francuski piesek”.
Francuski piesek zaś uważał, że wodzionka, żur i czarny chleb z margaryną to coś absolutnie wspaniałego. Po prostu: pyszota!
W tej „dzikiej krainie” w ogóle wszystko było dla mnie lepsze niż w domu. Same atrakcje! Do ubikacji, zwanej „hajźlem” trzeba było schodzić na podwórko. Prawdziwa tajemnicza wyprawa! Szczególnie wieczorem. Bywało, po zmroku, miedzy tymi hajźlami latały szczury jak messerschmitty.
Nic dziwnego, skoro przy domach, zwanych familokami, stały chlewiki.

Wszystkie okazjonalne atrakcje „dzikiej krainy” były jednak niczym wobec wielkiego dorocznego wydarzenia jakim był przypadający w ostatnią niedzielę sierpnia odpust w Lipinach.
Ten odpust w kościele p.w. świętego Augustyna przez wiele lat osładzał mi najsmutniejszą część roku jaką stanowił koniec wakacji!
W Lipinach czekał już „rumel” i „karasole”, a także odpustowe cuda przy których bledną dla mnie do dzisiaj wszystkie bez wyjątku Disneylandy!
Dostawałam od taty pięć złotych i z takim majątkiem w kieszeni......człowieku!
Wyobraź sobie: idziesz, jakby cały świat do ciebie należał, a jeśli nawet nie cały, to na pewno wata cukrowa, pierniki i lody - takie ze specjalnej lodowni
z lusterkami. Precle, słonecznik do plucia, a do tego, już za darmo, - co się naoglądałeś – to twoje.
A odpustowe atrakcje naprawdę zapierały dech w piersiach!
Jeden strącił dziesięć puszek trzema szmacianymi piłkami! – Wygrał wino marki „Wino”. Inny strzelił celnie na strzelnicy – i kwiatek z prawdziwych kogucich piórek był jego! Albo wachlarz z bibułki. Boże mój… Mieć taki wachlarz na zawsze!
Grać i wygrywać! – Wołali odpustowi macherzy od wszystkiego. Loteria specjalna! Kto ma jedną żonę kręci w jedna stronę! Kto ma dwie żony – kręci w obie strony!

A do nas: Bajtle do dom – mama kluskami dzieli!
Ale kto by go tam usłuchał. Godzinami, z zapartym tchem stał człowiek i nie obrażał się za tego „bajtla”, tylko wszystkimi zmysłami chłonął ten barwny, szalony jarmark, dziwy i cuda jak z bajki, gabinety strachów i luster, do których wykrzywiał gębę i stroił durne miny.
A potem karuzela; prawdziwa, łańcuchowa - i diabelski młyn! I nic to, że któremuś z odpustowiczów podczas kolejnej młyńskiej rundy puściły zawory
i odpustowym obiadem pomieszanym z winem marki „Wino” poczęstował
z góry czekające na swą kolejkę towarzystwo. Takie wydarzenia dodawały tylko kolorytu relacjom z odpustu, które potem, z wypiekami na twarzy przekazywało się w szkole.
Po takim dniu pełnym wrażeń – śląski kołocz u stryjanki Miji był najlepszym przysmakiem na świecie. I niechby tam sobie później w domu mama wydziwiała z najwymyślniejszymi ciastami! Nie miała szans.

Oddalał mi się ten mój Lwów po takim odpuście, oj, oddalał.....
Czy można jednak dziwić się dziecku, skoro odpust w Lipinach był na wyciągnięcie ręki, a Lwów, jak ziemia obiecana – wciąż daleki i nieosiągalny?.

Danuta Skalska

2007-06-10 23:42:14


WsteczW góręStrona startowaMapa serwisuKontakt