Sambor II

„W Samborze, w Samborze, dziewczyny jak róże...” – śpiewa działający tu od niedawna polski zespół. Tych „Róż” jakoś nie widać, kiedy jedziemy przez to, nieco senne miasteczko, w lipcowe upalne południe...

Ludzie zmęczeni, zabiegani, jacyś „zapyziali” w tym swoim ubóstwie, którego trudno nie dostrzec. Rozdeptane trepy, jakaś chuścinka na głowie, marynarka pamiętająca czasy nieboszczki Austrii...
Ot, ukraińska rzeczywistość w dawnym polskim miasteczku.
Jedziemy na ulicę Wodną 9. Niełatwo ją znaleźć wśród tych dróżek nie krytych ani asfaltem, ani kamieniem. Zaskoczeniem dla nas jest zatem całkiem okazały dom stojący właściwie przy polnej drodze. Dom sióstr Rodziny Maryi, pełniących tu rolę misjonarek. Po tej zapyziałej ukraińskiej rzeczywistości otaczającej nas zewsząd – ten dom jest prawdziwie polską przystanią. Widać, że niedawno wybudowany, przestronny i zadbany, ale bez przesadnej wystawności.
Siostry Teresy akurat nie ma. Jest wśród swoich podopiecznych, którymi się opiekuje. To dzieci niepełnosprawne, rodziny wielodzietne, ludzie chorzy i starzy; słowem wszyscy ci, o których nikt tu się nie troszczy. Szczególnie państwo, które prócz głodowej renty, stanowiącej równowartość jakichś 15,- dolarów na miesiąc, wypłacanej zresztą też nie zawsze regularnie, - nie ma niczego do zaoferowania właśnie takim „dzieciom gorszego Boga”.
Siostrę Teresę poznałam wcześniej. Trafiła do Bytomia, Bóg jeden wie, jakim sposobem dowiadując się, że kieruję tu Komitetem Pomocy Niepełnosprawnym Dzieciom. Jednego ze swoich podopiecznych stara się umieścić w Szpitalu Shriners w Stanach Zjednoczonych. To dla niego jedyny i ostatni ratunek.
Dla innych siostra Teresa potrzebuje choć parę groszy na rzeczy najniezbędniejsze w codziennym bytowaniu. Na chleb, na mleko, na ziemniaki. Nie wspomina nawet o luksusach takich jak dżem czy czekolada. To zbyt wiele, jeśli tyle jest głodnych do wykarmienia.
Rozmawiamy z obecną w budynku Zgromadzenia siostrą Barbarą.
Czym zajmuje się na codzień siostra Teresa?
Ludźmi najbardziej potrzebującymi, to znaczy najuboższymi pod względem materialnym. Są to ludzie starsi, obłożnie chorzy, którzy nie mogą się obsłużyć sami, zrobić zakupów, ugotować, posprzątać. Ale są w tej grupie i ludzie młodsi: osoby niedołężne, niepełnosprawne, którym siostra pomaga.
I śmiejąc się dodaje: - Mamy też z nią czasem kłopoty, bo stara się niejednokrotnie
z naszego domu coś wynosić, żeby pomóc innym. Sama nie zje, zostawi, i z
tymi potrzebującymi się dzieli. Jest bardzo oddana, stara się jeździć do
Polski, znajdywać ofiarnych ludzi, którzy zechcieliby w jakikolwiek sposób
tym nieszczęśliwym Polakom pomóc.
Tak właśnie trafiła do Bytomia.
Tak, chce pomóc dziecku w dostaniu się do szpitala Shriners na operację, ale nie wiem skąd ona weźmie pieniądze na bilet lotniczy i na te wszystkie koszty towarzyszące takiemu wyjazdowi, jeśli szpital zakwalifikuje dziecko na leczenie. Może liczyć tylko na pomoc dobrych ludzi i na nic więcej, a temu dziecku trzeba pomóc, bo to taki mądry chłopczyk, tak ładnie mówi po polsku i modli się: Panie Boże ja wierzę, że Ty mi ześlesz dobrych Polaków, który mnie uratują i ja wstanę z tego wózka i będę chodził jak inne dzieci.
To dziecko naprawdę potrzebuje pomocy.
Siostro, ja widzę, że modlitwa tego dziecka już została wysłuchana, bo siostra Teresa nie znając drogi do mnie, odnalazła nasz Komitet Pomocy Dzieciom, z Sambora przyjechała do Bytomia i właśnie jej obecność w Bytomiu i rozmowa o tych wszystkich biednych ludziach sprawiła, że dziś jesteśmy tutaj w Samborze. Myślę również, że kiedy usłyszą o tych dzieciach Polacy w Ameryce – nie pozostawią ich bez pomocy.
Siostra Teresa ma tyle mocy w sobie, tyle hartu ducha, że nie tylko potrafi pojechać do Bytomia, ale pojechałaby i na drugi koniec świata, żeby pomóc ludziom. Była w Kazachstanie, tam niosła pomoc, więc jest zahartowana w trudach i Bóg ją w tym trudzie wspiera i prowadzi. Jeździła wiele razy do Polski, po żywność, po lekarstwa; bo u nas nie zawsze można dostać to co trzeba, a jeśli nawet jest, to skąd wziąć na to pieniądze? Wierzę, że za jej pośrednictwem i za pośrednictwem pań, które tu trafiłyście dzięki Bożej Opatrzności, choć trochę poprawi się los tych ludzi tak ciężko doświadczonych przez los.

***

Trzy spotkania w Samborze.

Marysia
Do Marysi prowadzi nas pan Marian Wawrzyszyn. Pomaga jak może siostrze Teresie. Sam pracuje zawodowo, ma własną rodzinę i mnóstwo osobistych problemów, ale nie potrafi przejść obojętnie obok drugiego człowieka, który potrzebuje pomocy. Sprawuje opiekę nad rodzinami niepełnosprawnych.
Marysia Ferens ma już 14 lat, ale nie wygląda na tyle. Jest drobniutka, szczuplutka i krucha. Taka nieporadna, kiedy leży na łóżku i czeka na pomoc. Sama potrafi tylko przewrócić się z boku na bok. Kiedy przychodzimy – uśmiecha się i cieszy, że ktoś do niej przyszedł. Trudno ją karmić.
Poza pieniędzmi, żywnością i słodyczami mamy ze sobą jeszcze lalkę Barbie i dajemy ją Marysi. To pewnie jej pierwsza taka zabawka. Marysia śmieje się i tę radość widać w jej oczach. Mama Marysi ociera łzy.
Bóg mi was tu przysłał. Ja już naprawdę nie mogę tak dłużej. Gdyby nie siostra Teresa – zginęłabym marnie.
Na co choruje Marysia?
To porażenie mózgowe, a na dodatek jeszcze epilepsja. Jesteśmy same, bo ojciec Marysi odszedł, zostawił mnie i dziecko, kiedy zobaczył, że jest niepełnosprawne. Marysia ma niecałych 20 dolarów renty na miesiąc. Nie starcza na życie, a cóż dopiero mówić o lekarstwach... Ja choruję na anemię z niedożywienia, bo sama nie zjem i co mogę to dam dziecku, mam chorą trzustkę. Jest jeszcze z nami babcia. Po dwóch zawałach, więc nie jest w stanie nam pomóc i jeszcze nią też trzeba się opiekować. Jest nam bardzo, bardzo ciężko.

Andrzejek
To właśnie on – Andrzejek Papirowicz, sześciolatek, modli się po polsku o wyjazd do Ameryki po zdrowie i sprawność. Jest chory na porażenie rdzenia kręgowego. Nie chodzi od urodzenia, jego nogi są bezwładne. Jest bardzo rezolutny. W rozmowie z nami patrzy nam długo w oczy i mówi:
Panie zostały przysłane przez mojego anioła stróża, prawda? On mnie przecież tak nie zostawi, bo co będzie jak kiedyś umrą mój tata i moja mama? Jak ja sobie poradzę na tym wózku?
Rodzice Andrzejka są normalną, szanującą się rodziną. Jest jeszcze babcia, kochająca wnuka nad życie. Stoi i płacze.
Mój Boże - mówi, - gdybyśmy mieszkali w Polsce, to na pewno to dziecko miałoby właściwą opiekę lekarską i może już byłoby po operacji.
I patrząc na mnie dodaje: - Pani go nie zostawi bez pomocy, prawda? Jeśli siostra Teresa znalazła do pani drogę to znaczy, że Bóg jest z nami i, że wszystko się zmieni na lepsze, że uratuje nam Andrzejka od kalectwa, prawda? On taki mądry, tak pięknie mówi, już czytać potrafi. Sam się nauczył! Może kiedyś jakimś uczonym zostanie.....?
Andrzejek dostaje przybory szkolne i czapkę. Amerykańską.
Jak ja już mam czapkę z Ameryki to teraz może i sam dam radę tam pojechać?.. Jak pani myśli?

Witalik
Witalik – Wituś inaczej, jest synem Jana Lichwy , nauczyciela muzyki.
To właśnie Jan Lichwa otwiera nam drzwi biedniusieńkiego, ale zadbanego mieszkanka. Sam wygląda jak chłopiec, więc początkowo biorę go za brata tych dzieci, które są obok niego. Malutka dziewczynka, śliczna jak z obrazka wygląda na 5 lat, nie więcej. Okazuje się potem, że ma już osiem lat, ale jest po prostu niedożywiona. Na łóżkach nie ma normalnej pościeli, a dziecko tuli do siebie szmacianą, wymiętoszona lalkę. W tym momencie myślę sobie: szkoda, że ostatnią
Barbie daliśmy Marysi, bo ona i tak pewnie nie rozumie, co dostała, nie mówi przecież i żyje jak roślinka, a to maleństwo cieszyłoby się taka lalką jak skarbem prawdziwym. Mamy słodycze, trochę pieniędzy, coś z odzieży.
A mama gdzie? – pytam nieświadoma nieszczęścia, jakie dotknęło tego młodego człowieka i dwójkę jego dzieci.
Mama? – odpowiada dziewczynka. Mamy już dawno nie ma.
Witalik był dzieckiem, którego mama się wstydziła. Dziewięcioletni chłopiec, wyglądający też na pięć lat, nie więcej, - nie mówi nic. Patrzy tylko wielkimi oczyma, w których jest tyle bólu i cierpienia, że potem przez całą drogę powrotną,
z Sambora, nie będę w stanie do nikogo się odezwać mając przed sobą twarzyczkę tego dziecka, którego matka się wyrzekła.
Może i dobrze, że jej nie ma? Kiedy była, trzymała Witalika za piecem, żeby nikt go nie widział, takiego kalekiego i wychudzonego. Myślała, że jak nie da mu jeść to może prędzej umrze?
Ojciec przychodził z pracy i widział, że dziecko jest słabiutkie.
Mama tylko raz na dzień stawiała Witalikowi miseczkę na podłodze, jak pieskowi – mówiła dziewczynka, ale Jan nie bardzo w to wierzył.
Bo jakże to – matka nie zadba o dziecko? Zwłaszcza takie nieszczęśliwe?
Pan Wawrzyszyn, działacz polonijny wystarał się dla dziecka o turnus rehabilitacyjny w Polsce. Miało pojechać z matką, więc dla niej też wystarał się
i opłacił paszport, do którego został wpisany Witalik. Na pięć dni przed wyjazdem matka Witalika zniknęła jak kamień w wodę. Po prostu uciekła od dzieci. Wybrała inny los i lepsze życie. Wzięła ze sobą paszport. Zamknęła drogę do rehabilitacji własnemu dziecku, sama wyjeżdżając do Polski. Ślad po niej zaginął. Może gdzieś teraz jako „tirówka” przy którejś z polskich szos łapie klienta na swoje wdzięki, tak jak wiele młodych kobiet z Ukrainy szukających w Polsce łatwego zarobku?
To zdarzyło się rok temu. Jan Lichwa został sam z dwójką malutkich dzieci. Pracować musi, żeby zarobić na ich utrzymanie. Witalik nie kwalifikuje się na żadną operację. To porażenie mózgowe okołoporodowe. Chłopak nie mówi. Może gdyby od urodzenia matka z nim rozmawiała, gdyby traktowała go po ludzku, może i on potrafiłby powiedzieć choć jedno słowo: MAMA....
Ojciec dokonuje nadludzkich wysiłków, żeby sprostać wszystkim obowiązkom. Pomaga mu siostra Teresa. Wspiera go pan Wawrzyszyn.
_____________________________
Kiedy wracam z Sambora – mam przed oczyma te rodziny, te dzieci...
ich spojrzenia wołające: RATUNKU!... – i słowa wieszcza :
JEŚLIBYM KIEDY ZAPOMNIAŁ O NICH –
I TY, WIELKI BOŻE NA NIEBIE - Z A P O M N I J O M N I E.......

Pan Wawrzyszyn pomaga nam wyjechać z Sambora odprowadzając nas aż za rogatki miasta. Po drodze widzę piękną, okazałą budowlę z kolumnami. Wyróżnia się wśród powszechnej tu, powojennej, hurrasocjalistycznej
zabudowy.
Czyj to pałac?- pytam z ciekawością.
To siedziba naszego księdza dyrektora – odpowiada pan Wawrzyszyn i nie pytany o nic więcej, sam od siebie dodaje: - Ksiądz dyrektor to ma też najpiękniejszy samochód w mieście!

Danuta Skalska

(Artykuł ten został przygotowany na potrzeby radia polonijnego w Chicago,
na antenie którego audycje o sytuacji Polaków na Kresach prowadzi Maria Mirecka-Loryś, dyrektor KPA, z którą co roku jeździmy na Kresy z akcją charytatywną)

2007-06-11 00:18:36


WsteczW góręStrona startowaMapa serwisuKontakt