Opowieść Ojca Martyniana

Miastkówka na Podolu. Daleko od uczęszczanych tras turystycznych. Jakieś 250 km na wschód od Kamieńca Podolskiego. W miejscu zapomnianym, a na pewno już – nie odwiedzanym zbyt często przez Polaków.

Ksiądz Wojciech Darzycki (Ojciec Martynian) były zesłaniec na Kamczatkę, więzień Kołymy, w Miastkówce pełni posługę kapłańską od wielu lat. Sam liczy ich już 92.
– Pięćdziesiąt lat wcześniej byłem w Murafie, w Żytomierskiej Obłasti i w Kijowskiej Obłasti, w Czernobylu i w Odessie.
A potem były Braiłów, Mołczany, Krasne, Czerniowce, no i Miastkówka.
Kiedy w 1944 roku ojciec prowincjał we Lwowie zapytał mnie:
- Ojcze Martynianie – pojedziecie na wschód? - Ja usłyszałem wewnętrzny głos: - Przez przełożonego mówi Chrystus.… Chrystusowi odmówić nie można.
Wyraziłem zgodę, ale wtedy nie wiedziałem o co chodzi i jak ta praca będzie wyglądać. Pojechałem i po dzisiejszy dzień w tej pracy doznaję tyle ratunku, tyle opieki Bożej, że dawno bym zginął, gdybym tej łaski nie doznawał. Uchroniłem się od banderowców. Kolega zginął. Okrutnie go zamordowali. Drugiego też, a mnie Bóg uchował i na Kołymie, i w kopalni też. 650 km od Magadanu byłem .
- Po tym co przeżyłem ja i moi rodacy na Kołymie – nic mi nie jest straszne. Wiem, że opiekowała się nami Matka Boska .
Przeciwnicy byli potężni, ale my Polacy, my trwali i wierzyli, że wygramy, bo postępujemy w zgodzie z prawdą i przykazaniami Boga.
- Zesłańcy ufali nam, księżom i dlatego nasza rola była szczególnie trudna. Nie mogłem zawieść rodaków i katolików.
Nam nigdy nie wolno było załamywać się , trzeba było być zawsze przytomnym, wiedzieć jak postąpić w każdym przypadku i jakich udzielić rad. Ludzie mi wierzyli, a ja musiałem być zawsze silny duchem i pamiętać, że walczę o kościół, o religię, o należne nam prawa.

- Ciężko było i za Sowietów. Ten mój kościół w Miastkówce zbudowali Polacy w 1747 roku. Kiedy przyszli Sowieci - zrobili z niego klub, ale ludzie protestowali. Odprawialiśmy msze na cmentarzu, a ja jeździłem po wsiach z najświętszym sakramentem.
Bywało, dojechałem do jakiejś stacji autobusem, wysiadam w polu,
a tu dojechać do docelowej wsi nie ma czym. Za daleko, żeby pójść pieszo, a w pobliżu nie ma żadnego środka lokomocji. Czekałem więc na przystanku całą noc i to na nogach, bo usiąść nie było na czym. Dopiero nad ranem można było coś złapać.
I tak miałem szczęście, bo bywało, że obławę na mnie Sowieci robili
i zimą przez rzekę wpław musiałem się przeprawiać, żeby uniknąć schwytania i uwięzienia.
W lutym 1959 roku musiałem jechać do Tulczyna. Cztery godziny podróży, a stamtąd jeszcze na wieś.
Myślę sobie: wezmę taksówkę i dojadę spokojnie na miejsce.
Bo stamtąd do celu było jeszcze jakieś 30 kilometrów. Tymczasem taksówkarzy ani śladu. Był bazarny dzień i taksówkarze mieli widocznie dużo wyjazdów. Ludzie czekali na przystanku w kolejce,
a ja - z przenajświętszym sakramentem. Stoję, wyglądam – bez skutku. Czekałem tak do ósmej wieczorem, a potem całą noc do czwartej rano. Około czwartej, jeszcze ciemno – podjeżdża jakiś taksówkarz. Nieznajomy, ale podchodzę:
- Słuszaj, takaja i takaja dierewnia. Ja gorodskoj ksiądz. Muszę jechać do chorej . Wzywają mnie i musisz mnie tam podwieźć.
Za pół godziny byliśmy na miejscu. Okazało się, że ponad
80 osób stało całą noc w chacie i czekało na mnie. Modlili się
i spokojnie oczekiwali. Bo jak ksiądz powiedział, że przyjedzie
i tego nie odwołał, to znaczy, że przyjedzie. Coś mu się tylko stało. Spóźni się, ale czekać trzeba. Proszę sobie wyobrazić jak ja po takiej drodze, zmęczony, bez snu, w nagrzanej, dusznej chacie muszę zasiąść do spowiedzi. Bo w piecu napalili żebym nie zmarzł!
Zaczynam więc spowiadać, ale długo usiedzieć nie mogę.
Staję, znowu siadam, kiwam się, klękam, opieram o łóżko.
Nie mogę utrzymać równowagi . Wyspowiadałem jakoś 20 osób. Miałem taki zwyczaj, że po wyspowiadaniu dwudziestki ludzi udzielałem im komunii świętej…. I ci ludzie szli do domów, bo przecież także mieli prawo zmęczyć się. Poza tym czekała na nich praca. Potem próbowałem trochę pochodzić. I to nie pomagało. Zmęczenie nie opuszczało mnie ani na moment. Zwróciłem się
do zebranych:
- Położę się na chwile . Tylko na chwilę… Wyrażają zgodę. Położyłem się. Ale zaraz wstałem. Sumienie nie pozwoliło mi odpoczywać, bo ludzie nadal stali i czekali. Musiałem zdobyć się na wysiłek i opanować własną słabość. O dziewiątej rano skończyłem spowiedź.

- Jakie mam kontakty z władzami? – Nienajlepsze, – choć do mnie, jako seniora nie najgorzej się teraz odnoszą, bo kiedyś władza się nade mną bez przerwy znęcała. Ale taki los od Boga przyjąłem.
Pamiętam, że kiedy wreszcie otworzyliśmy kościół – władze (gołowa sielrady) zabroniły dzieciom chodzić do kościoła. Mówię im: - Ja głoszę ludziom ewangelię, a w ewangelii jest wyraźnie napisane:
- Pozwólcie dzieciom przyjść do mnie!
Wreszcie powiedziałem: dobrze, podam to do wiadomości wiernym, ale dajcie mi to na piśmie.
Przyszło pismo. A było to za czasów Chruszczowa, kiedy rozpowszechniano oficjalnie teorię o wolności sumienia i wyznania. Tu znalazła się ona w jaskrawej sprzeczności z realnym życiem.
Tłum ruszył pod drzwi „sielrady” słał pisma do naczalstwa:
- Co wy chcecie od naszych dzieci? Mamy prawo posyłać je gdzie chcemy! Rząd tego nie zabrania, tylko wy jesteście wrogami ludu.
Aresztowano kilka kobiet. Ludzie zaczęli słać pisma do prokuratury. Nadano sprawie bieg i domagano się oficjalnego stanowiska czy dzieci maja prawo bywać w kościele na nabożeństwach. Przyciśnięty do muru prokurator musiał odpowiedzieć, że prawo sowieckie tego nie zabrania.
No to odcięto nam dopływ prądu.
Były potem długie i uciążliwe starania o jego powtórne przyłączenie
i nieustanne kłopoty z odnawianiem i remontem światyni. Materiały budowlane trzeba było składać gdzieś na prywatnych podwórzach,
a potem nocą w tajemnicy przenosić je ręcznie bez hałasu na plac kościelny. Władze przysłuchiwały się kazaniom. Wychwytywali różne słowa, żeby robić z nich księdzu zarzuty, nasyłali milicję z lada powodu. Mniej ich interesowały przestępstwa kryminalne, zabójstwa, kradzieże – od tego, co kapłan mówił do ludzi. Jednego z księży tak pobili, że został już kaleką na całe życie. Msze św. musiał odprawiać w pozycji siedzącej, bo nie potrafił stać. Zniszczyli młodego, świetnego księdza.
- Jacy ludzie tu przychodzili? Ano, różni, ale zawsze spragnieni Boga. Była taka staruszka, która po trzydziestoletnim pobycie
w Kazachstanie przepłakała całą mszę. Tak ją wzruszył widok prawdziwego ornatu i księdza przy ołtarzu. Od czasów dzieciństwa nie była w kościele, nie uczestniczyła ani razu we mszy świętej, ani
w innym nabożeństwie..
Tutaj, w tej parafii jest jeszcze około trzystu Polaków. Jak sobie radzą? Ciężko im. Ukraińcy mówią tu tak: „Ukraina ridna maty – ne ukradesz – ne budesz maty”. – To taka pohoworka – znaczy się: przysłowie. Ono wystarczy za całą opowieść o sytuacji na Ukrainie.
Opieki ze strony Polski dla starszych ludzi tu nie ma.
Nie dociera żadna pomoc oprócz duchowieństwa, które i tak nie pomaga, a ukrainizuje.
- Za carów –jeszcze były polskie szkoły, potem przyszli Sowieci
i niszczyli Polaków strasznie. A Ukraińcy - jeszcze gorsi niż Sowieci.
Z biegiem czasu sytuacja zdawałoby się - ulegnie poprawie.
Ale prawdę mówiąc - lżej mi było na Kołymie niż dzisiaj tu, za Zbruczem. Nie ma prawdy i straszna ukrainizacja Polaków. Duchowieństwo się, niestety, rozdzieliło. Ci duchowni, którzy przeszli przez piekło zesłania – mają wielką pokorę.
Młodsi, a zwłaszcza ci, co przyjeżdżają z Polski, szczególnie zawzięcie ukrainizują pozostałych tu Polaków… Mówią: - Tu nie ma żadnych Polaków – tu są tylko katolicy. A to nieprawda.
Dla mnie to jest bardzo smutne. Mnie na duszy staje się bardzo ciężko. Ja przestaję myśleć, że jestem wśród Polaków, bo zaledwie jedna msza jest po polsku, a wszystkie inne nabożeństwa – po ukraińsku. Naród jest nauczony słuchać księży i nie potrafi się zbuntować, tylko cierpi w milczeniu z poczuciem straszliwej krzywdy.
- W Miastkówce jest przecież jeszcze tylu Polaków…
I wie pani – dodaje – gorzkie żale to nawet w Polsce tak pięknie nie śpiewają jak tutaj.

Danuta Skalska

2007-06-11 11:23:14


WsteczW góręStrona startowaMapa serwisuKontakt