Na święta będę w domu

„Jingle bells, jingle bells...” - wkręca się natrętnie w ucho świąteczna piosenka. Zaraz będzie: „White Christmas” i cała reszta, skądinąd bardzo piękna, ale spróbuj słuchać tego setki razy! W pewnym momencie wolisz nie wchodzić do sklepu, żeby cię tam po raz kolejny nie dopadł ten świąteczny mix, którym od połowy listopada torturowane są twoje uszy. I jeszcze ten Shakin Stevens. Wściekł się czy co? Zadowolony z życia, jakby kpiąc z ciebie, śpiewa w kółko: „I’ll be home for Christmas” – „Na święta będę w domu....”

Bo to jest tak, że najpierw z zainteresowaniem obserwujesz, jak Ameryka przygotowuje się do świąt i nawet bawi cię fakt współuczestnictwa w tym przedświątecznym amerykańskim szaleństwie, ale tylko do pewnego momentu. Pod koniec grudnia masz dosyć. Bo ile można zachwycać się milionami świateł
i dekoracjami do wysokości samego Sears Tower?
Uświadamiasz sobie, że tu, w Chicago mijasz same obce twarze i ogarnia cię lęk na myśl o tym, jak przeżyjesz samotnie tych kilkanaście najtrudniejszych godzin w roku:- WIGILIĘ. Boisz się, że już za parę dni nadejdzie ten moment, kiedy wszystko w tobie zawoła: JA CHCĘ DO DOMU!!!!! Do Polski, do rodziny, do przyjaciół i znajomych spotykanych co krok w rodzinnym mieście, w Bytomiu.
Dziwisz się, że ja, lwowianka, mówię: w Bytomiu?
Nie znam tamtego, przedwojennego Lwowa, a w powojennym nigdy nie przeżyłam świąt. Wszystkie zapachy mojego dzieciństwa, świąteczne tajemnice
i wigilijne misteria rodziły się w Bytomiu. To tu się żyło w przedświątecznym oczekiwaniu na zapach prawdziwej choinki, tu przychodzili kolędnicy, tu do
św. Wojciecha chodziło się na pasterkę z gronem przyjaciół, z rodziną, z tymi wszystkimi, którzy kiedyś byli świadkami naszego dzieciństwa i naszej młodości.
Starzy Polonusi mówią: można cały rok być poza domem i jakoś to udźwignąć, ale samotnej Wigilii, w obcym kraju i wśród obcych ludzi na trzeźwo udźwignąć się nie da.
Omijałyśmy więc z córką przez cały grudzień temat: WIGILIA, żeby nie bolało.
Nie było nam łatwo: Ola w gorsecie gipsowym, po operacji, i ja, zagubiona
w tym trudnym i obcym dla nas świecie.
Dzwoniąc do domu, do Bytomia, udawałyśmy bohaterki, mówiąc, że wszystko jest o’key i że radzimy sobie, ale nasze bohaterstwo kończyło się na Milłokach. Nie wytrzymywałyśmy ogniowej próby u pana Henia Pietruszewskiego, właściciela Polish Record Video Center – przy Milwaukee 3255, który reklamował swój biznes jak na Polaka przystało: polskimi kolędami. Ciągnęło nas tam, żeby choć przez chwilę posłuchać... I bolało już od pierwszych taktów
i znajomych słów.

I mów sobie ile chcesz - Polaku, który nigdy nie byłeś w święta z dala od rodzinnego domu, że twój dom jest wszędzie i, że wszędzie będzie ci dobrze, bo jesteś obywatelem świata! Spróbowałbyś na dzień przed Wigilią stanąć na tych Milłokach, taki przeraźliwie sam w tłumie obcych ludzi, posłuchać jak biją
w Polsce dzwony na pasterkę i nie ryknąć w głos, kiedy po tych dzwonach „Mazowsze” intonuje: Bóg się rodzi.....

Myślałam sobie wtedy, że to pewnie tylko ja, po babsku skora do łez, nie potrafię udźwignąć ciężaru tęsknoty za krajem, za domem, za rodziną, przyjaciółmi i za jedynym, niepowtarzalnym klimatem polskich świąt Bożego Narodzenia.
Okazać się miało, że to nie tak, że pękają nawet najtwardsi. Przekonałam się
o tym przed kolejną Wigilią w Ameryce.
Od tamtej, samotnej, dużo się zmieniło.
Czasem myślę, że to pewnie dobry Anioł Stróż - w ramach rekompensaty za tamten przepłakany wigilijny czas, ofiarował mi przyjaźń tylu wspaniałych ludzi. Bo czym wytłumaczyć fakt, że zagubiona w Ameryce matka niepełnosprawnego dziecka zostaje zaproszona do współpracy z organizacjami polonijnymi, radiem, Polskim Teatrem Dramatycznym?
Na Boże Narodzenie dostałam prezent od losu: rolę w „Betlejem Polskim”.
Do dziś wspominam ten niesamowity zapał i dyscyplinę, której każdy z aktorów, bez wyjątku, podporządkowywał się bez szemrania. Nie tylko z poczucia odpowiedzialności. Pracę nad „Betlejem” – traktowaliśmy jak swoiste posłannictwo. To było tak, jakbyśmy wspólnie, zbiorowym wysiłkiem, przenosili do Ameryki na okres świąt kawałek Polski, by podzielić się nim, jak opłatkiem, z każdym mieszkającym tu Polakiem.
Archanioła śpiewał Waldemar Kocoń, powstańca listopadowego Stan Borys, legionistę – Józef Homik. Z Kanady dołączyli do nas artyści tamtejszego Teatru Polskiego i śpiewacy operowi: Agata Pilitowska i Maria Knapik-Sztramko z Opera Lyra w Ottawie.
Wreszcie dzień przed Wigilią – premiera.
Polskie Betlejem: – powrót do domu, do korzeni, do tradycji, do polskiej historii. Dla chicagowskich Polaków – prawdziwie wielkie wydarzenie, nie tylko artystyczne.
Ale wracając do tych najtwardszych....
Finał. Stoimy, wszyscy wykonawcy, wokół Matki Bożej z Dzieciątkiem. Waldek Kocoń – unosząc skrzydła intonuje: „Bóg się rodzi...” i tę kolędę podejmuje
z zapałem, od serca, cała widownia. Ludzie wstają, a śpiew nabiera takiego rozmachu, że słychać go pewnie gdzieś daleko w Polsce. Lecz kiedy padają słowa: „Podnieś rękę Boże dziecię, błogosław Ojczyznę miłą” – zaczyna się dziać coś dziwnego. Przez chwilę nie wiem co, bo sama mam problemy ze śpiewaniem, ale za moment uświadamiam sobie, że nie tylko ja.
Trudno śpiewać, kiedy się płacze, a płaczą zarówno ci, co stoją na widowni, jak i ci, co są na scenie. Twarde chłopy, co na emigracji życie całe przeżyli – też!
Tylko Archanioł Kocoń, by nie wypaść z roli, walcząc ze wzruszeniem kontynuuje, niejako w imieniu każdego z nas: „DOM NASZ i majętność całą i wszystkie wioski z miastami....”
A SŁOWO CIAŁEM SIĘ STAŁO I MIESZKAŁO MIĘDZY NAMI!

„ I’ll be home for Christmas…- Na święta będę w domu....”- jak co roku śpiewa w Chicago niezmordowany Shakin Stevens.
- I ja też, panie Stevens, ja też!

Wesołych Świąt kochani! W DOMU! - Wśród bliskich, wśród swoich.....
Danuta Skalska

2007-06-11 11:55:30


WsteczW góręStrona startowaMapa serwisuKontakt