Kresowe Wigilie Rafałki Wróblewskiej

Mieszka w Kołybajówce, niedaleko Kamieńca Podolskiego. Nosi polskie nazwisko: Wróblewska. I trochę dziwne, jak na kresowe zwyczaje imię: Rafaelina. Ludzie zwracają się do niej po prostu: Rafałka. I mówią o niej: NASZA. Nasza Rafałka.

Kiedy z Marią Mirecką-Loryś, moją towarzyszką kresowych podróży zastanawiamy się - skąd takie wymyślne imię, - przychodzi nam do głowy tylko jedno: że matka, żarliwa katoliczka, pewnie chciała swoje dziecko oddać pod szczególną opiekę anioła Rafaela. Stąd: RAFAELINA.
I na pewno tak to też było z tą opieką anielską, bo gdyby nie ona, to ta polska dziewczyna z Kresów nie uszłaby z życiem. I to niejeden raz.

- Wzięli nas przed świętami, w grudniu 1938 roku – mówi Rafaelina. – Matkę
z trójką dzieci. Wszystko żeśmy musieli zostawić. Zabrali nas, bośmy byli Polacy; bracia w wojsku polskim służyli, a ojciec, za wiarę siedział w więzieniu. Wywieziono nas do Kazachstanu.
Było strasznie. Zima, śnieg po samą szyję. Święta, Bóg się rodzi, a tu ludzie z głodu i zimna mrą jak muchy….
Ot, zmarł na ten przykład taki jeden więzień w łaźni. Nie było go nawet komu z tej łaźni wynieść, bo akurat my kobiety tylko byli, a wszystkie słabe, że same ledwo chodzili.
Ale przyszedł drugi taki, biedaczysko, w dziurawych spodniach; a mróz był tęgi! I powiedział: - Boże , tu wszystko dla mnie jest! Jest kaftan, sztany (spodnie) i kapcie na nogi. Zabrał tamtemu ubranie, no - te łachy. Zdjął je z trupa i założył na siebie. Nagiego trupa - na plecy, zrobił płytką jamę i zasypał do ziemi pod chatą.
Ludzie zamarzali na ulicy. Takich całą zimę trzymali niepochowanych,
bo ziemia była zmarznięta, więc jak tu ludzi po chrześcijańsku pogrzebać?
Moją siostrę tak w szopie trzy miesiące trzymali my do wiosny, zamarzniętą, bez pogrzebu.
A jak już kogo pochowali - to płytko. I nijakiej trumny.
Potem, jak ziemia roztajała, to kolana ludzkie było widać. Po pięciu, sześciu na kupie leżało - nago. Kto by tam o trumnie myślał?
Co ja się napatrzyłam na to wszystko….. Ale dzięki Bogu – wytrzymałam!
Do pracy pognali mnie od razu. Miałam wtedy 14 lat.
Potem, jak wybuchła wojna, to już nikt w ogóle nie patrzył, że my dzieci, dziewczęta … – Do najcięższej roboty Polaków posyłali. Nawet takie dziewięcioletnie dzieciaki.
Mnie posłali do fabryki na maszyny myć filtry w motorach jakimś rozpuszczal-nikiem. Wytarłam ręce w szmaty, przyszedł mróz, zakażenie, półtora miesiąca w szpitalu. A tam nie było żadnych lekarstw.
Siostry zrobili mnie amputację, żeby mi życie ratować …. – To ja potem widziałam te moje ręce, jak one leżały tam, gdzie kostnica, z martwymi ludźmi. Może gdyby byli dobrzy lekarze, to by mi ręce uratowali, a tak…. – Kto by tam myślał o ratowaniu rąk polskiego dziecka?
Pracować już nie mogłam, ale do dziś jakoś sobie radzę..

- Tam, w Kazachstanie nie zapominaliśmy Boga i Polski.
Wieczorami, w zimie schodziliśmy się na modlitwę. To była nasza rozmowa z Bogiem: kolędy, pasje, gorzkie żale, godzinki; wszystko śpiewaliśmy i dlatego ja to wszystko znam od młodych lat.
W lecie to nie było możliwe – tyle roboty….
Od wiary nie odstąpiłam i nawet wtedy, kiedy zostałam inwalidką - nie płakałam. Ja wiedziałam, że Bóg jest ze mną i Bóg kieruje nami.
I jeśli tak się ze mną stało, to widocznie miał dla mnie inne zajęcie.

- Pyta pani czy władza sowiecka dała mi rentę inwalidzką ?
– Nie, ani kopiejki. Mam tylko 130 rubli emerytury.
Że to nie wystarcza na życie? - Wystarcza. Byle co zjem, a nie potrzebuję dużo. I jeszcze na kościół daję.
Bo tu, w Kołybajówce, my kościół sami odbudowali.
Stąd do Kazachstanu wysiedlili nas 87 rodzin, a wróciło – na pewno nie więcej niż 15 i to tylko sama młodzież, bo starsi poumierali.
Boże mój! Całych dwanaście lat byłam na katordze. Tylko dlatego, że moi dwaj bracia to byli oficerowie polscy.
Jak żeśmy wrócili, akurat na Boże Narodzenie, to tu wszystkie kościoły były już pozamykane, okna wybite, ruina. Tośmy z mamą uklękły przy tym oknie, pomodliłyśmy się i podziękowałyśmy Bogu za powrót do domu. I był z nami ksiądz, którego tam w Kazachstanie strasznie męczyli. Trzymali go w zimnej wodzie po szyję, a jak wrócił to nie potrafił poruszać ani rękami ani nogami. Trzeba było go karmić. Jak potem umarł, to leżał tylko trzy godziny, bo Sowieci dali rozkaz żeby go zaraz pochować. – Bali się demonstracji.
Przyszła milicja. I pilnowała nas, żebyśmy się zaraz rozeszli.
Ten ksiądz nazywał się Władysław Wodecki.

- Modlić się po polsku nauczyła mnie mama. Czytać – nauczyłam się sama. Ja w szkole uczyłam się niemieckiego, a to były takie litery jak polskie. To ja zaraz, za dwa tygodnie czytałam po polsku.
Miała nas mama siedmioro: cztery córki i trzech synów… A teraz zostałam się sama jedna. Moja bratowa - straciła dwoje dzieci. Ona jedna tylko została przy życiu, a siedmioro ludzi z jej rodziny zostało tam, w ziemi, w Kazachstanie.

- Po powrocie, to ja pracowałam razem z księdzem Mireckim i gdzie trzeba tylko było, to ja jeździłam: do Moskwy, do Kijowa, do Chmielnickiego. Tyle się najeździłam w sprawie kościoła, bo nikt nie chciał jechać.
– Ludzie się lękali: Z domu wyrzucą, dzieciom zaszkodzą, z roboty usuną, milicja mandat da…
A ja przyjechałam z Kazachstanu bez rąk, bracia zginęli jako polscy oficerowie, ojciec zmarł w wiezieniu, siostry, matka też, i ja – zostałam się bez nikogo.
- To co mnie było robić?
Poszłam do kościoła i tak pracowałam na Bożą chwałę.
Mam 80 lat. – Niczego się nie bałam, bo jak ja byłam w Kazachstanie
i przeżyłam, to mnie już nic potem nie mogło być straszne. Pracowaliśmy dzień i noc jak więźniowie w więzieniu, no to ja, jak tu wróciłam, to już się nie lękałam. Niczego i nikogo. Oni tam w końcu, ci wszyscy ważni czynownicy na urzędach, jak mnie, kalekę, zobaczyli – to nie mieli już odwagi mnie krzywdzić.
A nasi ludzie? Tu wszyscy chcieli kościół, ale nie każdy miał odwagę o ten kościół walczyć, a ja miałam, bo ja nie miałam nic do stracenia.
Ksiądz Mirecki mówił: - Rafałka jest prosta kobieta, ale wywalczyła kościół.
A ja na to: - Ja chcę, żeby tu był nie tylko kościół, ale KATEDRA. I będzie, zobaczy pani, że będzie!

Wierzę, że będzie.
Jeśli zabierze się za to taki człowiek jak Rafałka, to będzie na pewno!
Dla niej każdy dzień – to służba Bogu i ludziom.
Prowadzi nas do tego swojego kościoła, który wydarła Sowietom, i który
z gruzów, rękoma bez dłoni, podnosiła wraz z księdzem Mireckim. Z dumą pokazuje każde miejsce uratowane od zniszczenia.
- To nasz Dom Boży – mówi, i Dom Polski – tu, w naszej Kołybajówce. To już więcej jak dwieście lat, jak nas Polsce zabrali, ale my tu ciągle jesteśmy Polaki.
W salce parafialnej przyległej do zakrystii – ławki i tablica. Szkółka niedzielna. Na ścianach, domowym sposobem sporządzone wywieszki z polskim słownictwem, odmianami gramatycznymi.
- Tu uczą się nasze dzieci. A jakie tu w maju było święto jak one szły do pierwszej komunii! – cieszy się Rafaelina.

Nie chce przyjąć pieniędzy, które zostawiamy na jej osobiste potrzeby.
- Ja niczego nie potrzebuję… - mówi. Na chleb i kartofle wystarcza.
A kiedy wkładamy cichcem pieniądze do jej szuflady, zauważa to i mówi:
- No dobrze, jak już tak chcecie – to niech będzie: - Na Boże Narodzenie dla naszych dzieci.

Danuta Skalska

2007-06-11 12:19:10


WsteczW góręStrona startowaMapa serwisuKontakt