Anna Dubińska-Szczerbińska

P. Danuto

W ostatniej audycji pytała Pani , czy ktoś pamięta jak obchodzono JORDAN
na Kresach?
Z tego co pamiętam z opowieści moich rodziców i babć to była to uroczystość całej społeczności. W Zaleszczykach wychodzono w uroczystej procesji nad Dniestr. Tak samo w Horodence ( miejscu urodzenia mojego taty). Także i przy innych okazjach spotykali się przedstawiciele różnych wyznań.
Mama opowiadała, że jak witano w Zaleszczykach Marszałka Piłsudskiego, to obok Starosty witali go księża wszystkich wyznań oraz rabin. W mojej rodzinie w Zaleszczykach panował prawdziwy ekumenizm. Część rodziny była katolicka, inna ewangelicka a pozostali to grekokatolicy. Stansza siostna babci Mili - ciocia Gienia wyszła za Rusina. W Zaleszczykach pozostało kilku moich krewnych. Przeżyłam w Zaleszczykach niezapomniane Święta Bożego Narodzenia 1964 n. Pojechałam do babci Mili z moją mamą. Byłam wtedy uczennica liceum. Jechałyśmy bardzo długo z wieloma przesiadkami , mróz był okropny, a zakupy to można było robić tak jak u nas w stanie wojennym. Babcia zrobiła skromną Wigilię. Od tamtego czasu już wiem jak uciera się mak w makutrze (bardzo, bardzo długo....) i piecze tort orzechowy.
Była jej starsza siostra - ciocia Genia i 'ukraińskie' kuzynki. Na ukraińską Wigilię poszłyśmy do cioci. Byłam też w cerkwi na Dobrowlanach. Bardzo podobały mi się ich śpiewy. Kościół katolicki w Zaleszczykach Św. Stanisława był wtedy magazynem, a cerkiew też była zamknięta.
Teraz Kresy są smutne i zmęczone. Nie byłam tam wiele lat. Tego noku pojechałam na wakacje z moim synem licealistą. Byłam we Lwowie, Żółkwi, Truskawcu, Kamieńcu Podolskim, Chocimiu Czerniowcach , Zaleszczykach i Horodence.
Kościół w Zaleszczykach jest czyny. Ksiądz Stanisław odprawia Mszę Św. po polsku ale ludzi coraz mniej- kilka starszy osób. Nawet ci, których ochrzczono w kościele katolickim nie chodzą na nabożeństwa , bo im trudno mówić po polsku. Czytania są po ukraińsku. Dla mnie było to trudne do zaakceptowania. Ale jak można załatwić sobie polskie obywatelstwo to czemu nie skorzystać!
Ciągle ktoś coś chciał załatwić. We Lwowie wiadomo jak jest. Miałam kilka nieprzyjemnych "napaści" słownych.
Na targu, jak chciałam coś kupić to też czasem udawali nie nie słyszą.
Wyjazd mojemu synowi uświadomił, że to co mamy, to że żyjemy wśród rodaków jest największa wartością . Poznał kawałek naszej historii i to co z dorobku materialnego zostało i mam nadzieję, że kiedyś jak będzie mógł zawiezie tam swoje dzieci.

Pozdrawiam Panią i całą redakcję serdecznie
Ana D. Sz.

2008-02-10 16:26:03


WsteczW góręStrona startowaMapa serwisuKontakt